Często mówi się o zaletach arbitrażu – braku formalizmu, szybkości postępowania, o praktycznym podejściu arbitrów. Złośliwi twierdzą jednak, że pochwały arbitrażu są przesadzone, a rzeczywistość wygląda często zgoła odmiennie. Jak jest naprawdę? Każdy może ocenić oglądając ten krótki film.
wtorek, 21 sierpnia 2012
Pochwała arbitrażu
Często mówi się o zaletach arbitrażu – braku formalizmu, szybkości postępowania, o praktycznym podejściu arbitrów. Złośliwi twierdzą jednak, że pochwały arbitrażu są przesadzone, a rzeczywistość wygląda często zgoła odmiennie. Jak jest naprawdę? Każdy może ocenić oglądając ten krótki film.
piątek, 17 sierpnia 2012
Sprawa Amber Gold: pozwy zbiorowe i inne medialne pomysły
Od kilkunastu dni tematem numer jeden w mediach jest
sprawa Amber Gold. Co raz pojawia się sensacyjny news, że poszkodowani klienci
złożą pozew zbiorowy. Prawnicy, którzy występują w mediach mówią też o innych
sposobach odzyskania wierzytelności. Wraz ze wzrostem medialnego
zainteresowania sprawą drastycznie wzrasta ilość bezwartościowych wiadomości i
komentarzy. Ponieważ nastąpiło tu wielkie „materii pomięszanie” warto wyjaśnić
kilka podstawowych kwestii.
Pozew zbiorowy przeciwko Amber Gold
Jako jedna z pierwszych pojawiła się informacja, że
klienci Amber Gold planują złożyć pozew zbiorowy przeciwko tej spółce. Zapewne
słowa „pozew zbiorowy” wywołują u niektórych czytelników dreszcz emocji, ale lepiej
podchodzić do takich informacji z dystansem. Nie rozumiem jaki interes mają
klienci Amber Gold w dochodzeniu roszczeń na drodze postępowania
grupowego. Ich problemem, jak się wydaje, nie jest wcale to, że roszczenia są
kwestionowane przez dłużnika, lecz to, iż dłużnik nie wypłaca należnych kwot,
gdyż najprawdopodobniej nie ma majątku wystarczającego na spłatę swoich długów. Nie
wiadomo więc po co klienci Amber Gold mieliby w drodze pozwu zbiorowego
udowadniać zasadność roszczeń, których, być może, spółka ta nie zamierza wcale
kwestionować. Jeżeli ponadto wziąć pod uwagę wysiłek organizacyjny związany z
przygotowaniem pozwu, wszystkie dodatkowe etapy proceduralne w postępowaniu
grupowym, które mogą zająć ze 2 lata, konieczność ujednolicania roszczeń, brak
orzecznictwa i tym podobne trudności pozew zbiorowy jest ostatnią rzeczą
która polecałbym klientom Amber Gold.
Dochodzenie roszczeń w zwykłych procesach
Pogląd, iż pozew zbiorowy może nie być najlepszym pomysłem
pojawia się raz na jakiś czas w komentarzach co bardziej przytomnych prawników.
Wczorajsza Rzeczpospolita opublikowała wywiad ze wspólnikiem jednej z
warszawskich kancelarii, w którym wskazał on, iż „najlepsza [droga] to
klasyczne powództwo o zapłatę, w której po stronie powodowej może wystąpić
grupa osób”
Jednak i to rozwiązanie jest problematyczne. Jeżeli bowiem
Amber Gold jest niewypłacalna to powinna wkrótce zostać ogłoszona upadłość tej
spółki. Wniosek o ogłoszenie upadłości został już złożony przez jednego z
wierzycieli, o czym donosi Rzeczpospolita w tym samym numerze, na
pierwszej stronie.
Prawnik, który udzielił wywiadu wspomniał, iż „niebawem
w grę może wchodzić upadłość, a wówczas trzeba będzie zgłaszać roszczenia do
masy upadłości”. Nie wyciągnął jednak wynikającego z tej konstatacji oczywistego
wniosku: również zwykłe pozwy mijają się z celem. Wytoczenie zwykłych
procesów ma sens tylko jeżeli założy
się, że nie zostanie ogłoszona upadłość Amber Gold. To jednak wydaje się
mało prawdopodobne. Jeżeli zostanie ogłoszona upadłość, to sprawy w toku
zostaną zawieszone przez sąd z urzędu. Wierzyciele będą mogli zgłosić swe
wierzytelności do masy upadłości. Po ich umieszczeniu na liście wierzytelności
procesy zostaną umorzone, a wierzyciele będą zaspokajani w toku postępowania
upadłościowego. Ci, których wierzytelności nie zostaną wciągnięte na
listę mogą teoretycznie prowadzić procesy przeciwko syndykowi, ale realne szanse
na odzyskanie jakichkolwiek kwot są bliskie zeru. W konsekwencji więc
wierzyciele, którzy nie wytoczą procesu Amber Gold, a zamiast tego zgłoszą
wierzytelności w postępowaniu upadłościowym zaoszczędzą swój czas i pieniądze.
Pozew zbiorowy przeciwko Skarbowi Państwa
Wśród pomysłów omawianych w
mediach znalazł się też pozew zbiorowy przeciwko Skarbowi Państwa „z tytułu zaniechań instytucji państwowych które to doprowadziły do zawierania umów przez
konsumentów z tym przedsiębiorstwem”
Pomysł ciekawy, aczkolwiek prawnicy, którzy będą go wcielać
w życie „face a steep uphill battle”
jak obrazowo ujmują to Anglosasi. Problemów jest kilka. Po pierwsze, trzeba
wskazać, które to instytucje naruszyły prawo i w jaki sposób. Nie wystarczy ogólne
stwierdzenie, że państwo polskie nawaliło. Po drugie, klienci Amber Gold muszą ponieść
rzeczywistą szkodę. O tym czy szkodę ponieśli i w jakiej wysokości dowiedzą się
najprawdopodobniej dopiero po zakończeniu postępowania upadłościowego. Po trzecie,
trzeba będzie wykazać, że pomiędzy naruszeniem prawa przez organy państwa a
szkodą w majątku klientów zachodzi „adekwatny związek przyczynowy”, czyli że
szkoda ta jest „normalnym” następstwem zachowania władzy publicznej. To pewnie
będzie najciekawsze zagadnienie w tej sprawie, jeśli tylko na deklaracjach medialnych
się ona nie zakończy.
czwartek, 9 sierpnia 2012
Kto powinien być uprawniony do występowania przed Sądem Najwyższym
Raz na jakiś czas powraca pomysł, by spośród radców prawnych i adwokatów wyodrębnić grupę, która będzie uprawniona do występowania przed Sądem Najwyższym. W „Informacji o działalności Sądy Najwyższego w 2011 roku” wskazano, iż istnieje „konieczność wysunięcia postulatu, by czynności przymusu adwokacko radcowskiego przed Sądem Najwyższym mogła wykonywać tylko ograniczona liczba profesjonalnych pełnomocników; takie rozwiązanie byłoby korzystne przede wszystkim dla samych stron, gdyż często wadliwe powołanie podstaw środka zaskarżenia uniemożliwia pożądane rozstrzygnięcie sprawy”.
Uzasadnienie
tego postulatu jest następujące: „Nadal wnoszone są, i to przez fachowych
pełnomocników, skargi kasacyjne i kasacje wadliwie sformułowane i uzasadnione,
bardzo obszerne, z przypisami oraz cytatami z piśmiennictwa i orzecznictwa, w
których zaciera się podstawowy walor środka zaskarżenia, jakim jest konkretność
zarzutów i siła argumentów. Także większość skarg o stwierdzenie niezgodności z
prawem prawomocnego orzeczenia jest niedopuszczalna, wadliwa formalnie lub
wnoszona nierozważnie.”
Trudno
polemizować z oceną pism procesowych dokonaną przez SN. Czytając codziennie
pisma procesowe przygotowane przez zawodowych pełnomocników rzeczywiście
niejednokrotnie natrafiam na pisma napisane niechlujnie i nieporadnie. Coraz
częściej otrzymuję też pisma, na które skarży się SN – pisma wyglądające
profesjonalnie, porządnie sformatowane, ale o wiele za długie, przegadane.
Autorzy tych pism zamiast skupić się na najważniejszych kwestiach i
najmocniejszych argumentach tworzą wielostronicowe elaboraty, których analiza
przyprawia o ból głowy. Najczęściej bronią oni swojego stanowiska czepiając się
wszystkich możliwych argumentów, w tym nawet tych które narażają ich na
śmieszność. Niedawno w sprawie, którą prowadziłem adwokat z jednej z
największych warszawskich kancelarii udowadniał w tym samym piśmie, że (a) jego
klient wykonał świadczenie do którego był zobowiązany na czas oraz, iż (b)
świadczenie to od początku było niemożliwe do wykonania. Na moją uwagę, że
zachodzi tu sprzeczność opowiedział długim wywodem o tym, iż argumenty o
charakterze ewentualnym są tradycyjnie uznanym sposobem uzasadniania stanowiska
procesowego.
Zgadzając
się z SN w zakresie oceny stanu faktycznego nie zgadzam się z jego postulatem,
by utworzyć grupę specjalnych pełnomocników uprawnionych do występowania przed
tym sądem. Nie ma sensu dzielić prawników na tych, którzy potrafią
reprezentować klientów przed SN i tych, którzy tego nie potrafią. Uważam, że
napisanie skargi kasacyjnej nie wymaga specjalnych umiejętności lub tajemnej
wiedzy, której nie można by oczekiwać od każdego adwokata, czy radcy prawnego,
który prowadzi sprawy sądowe. Oczywiście, jest to pismo bardziej sformalizowane
niż apelacja, ale kto nie potrafi napisać porządnie skargi kasacyjnej ten nie
potrafi i napisać apelacji. Kto zaś nie potrafi napisać apelacji nie powinien
brać się za pisanie pozwu, ani innych pism procesowych. Bardziej sensowny byłby
więc już podział na prawników zajmujących się procesami i tych, którzy się nimi
nie zajmują. Faktycznie podział taki od wielu lat istnieje na rynku, ale nie
widzę żadnych powodów, by specjalizacje prawników formalizować i usztywniać.
Warto też
zastanowić się czy przypadkiem skutkiem wcielenia w życie postulatu SN
nie może być obniżenie jakości skarg kasacyjnych zamiast ich podwyższenia.
Prawnicy, którzy będą je przygotowywać będą zapewne potrafili formułować zarzuty
oraz zagadnienia prawne zgodnie z orzecznictwem SN, ale za to nie będą tak
dobrze jak dotychczasowi pełnomocnicy znać stanu faktycznego i wszystkich
zagadnień prawnych, które są istotne w sprawie. O wiele łatwiej jest napisać
skargę komuś kto zna sprawę, niż temu, kto jej nie zna.
Last but
not least,
ograniczenie kręgu uprawnionych do występowania przed SN zwiększy koszty
zastępstwa procesowego. Jeśli klient będzie musiał zmienić pełnomocnika w
postępowaniu przed SN będzie musiał też ponieść koszty jego dodatkowej pracy
związane na zapoznaniem się z nową sprawa. Proponowana zmiana organiczny ilość
prawników konkurujących o sprawy przed SN. Zdrowy rozsądek i znajomość podstaw
ekonomii podpowiadają, iż jeśli popyt na usługi pozostaje taki sam, a sztucznie
zostanie ograniczona ilość usługodawców pozostali na rynku usługodawcy będą
żądać dodatkowego wynagrodzenia za swoje usługi.
piątek, 3 sierpnia 2012
Sąd Najwyższy: kiedy czynność prawna stanowiąca wykonanie zobowiązania może być przedmiotem skargi paulińskiej
Fakty
Stan
faktyczny w tej sprawie był następujący. Deweloper (dłużnik) zawarł z klientką
(osoba trzecia) umowę przedwstępną dotyczącą nabycia lokalu w mającym być
wybudowanym apartamentowcu. Była to jedna z ok. 40 umów tego samego rodzaju
zawartych przez dewelopera, dotyczących lokali w tym budynku. Po kilku latach
deweloper zaciągnął dług wobec nowojorskiego funduszu (wierzyciel). Deweloper
otrzymał całość swojego wynagrodzenia od swoich klientów. Nie zdołał dokończyć
budowy apartamentowca w terminie określonym w umowie przedwstępnej. Nie mógł
też uzyskać zaświadczeń o samodzielności lokali.
Nie mogąc wyodrębnić
i przenieść własności lokali, deweloper zawarł ze wszystkimi klientami umowę, na
podstawie której przeniósł na nich udziały w nieruchomości, na której zbudowany
był apartamentowiec, odpowiadający wielkości lokali, które każdy z klientów
miał nabyć. W tym samym akcie notarialnym znalazła się umowa na podstawie
której każdy z nabywców, współwłaścicieli nieruchomości uzyskał prawo
korzystania ze „swojego” lokalu z wyłączeniem pozostałych osób. W konsekwencji
każdy z nabywców otrzymał klucze do tego lokalu, który miał nabyć na podstawie
umowy przedwstępnej. Z punktu widzenia prawa rzeczowego nie był to jednak
„lokal” rozumiany jako odrębna nieruchomość, lecz udział w nieruchomości wraz z
umową współwłaścicieli określającą sposób korzystania ze wspólnej nieruchomości.
Fundusz, wierzyciel dewelopera, uznał, iż umowa, na
podstawie której klientka nabyła udział w nieruchomości, pokrzywdziła go.
Wniósł skargę pauliańską przeciw klientce dewelopera. W odrębnych
postępowaniach pozwał też innych nabywców udziałów w nieruchomości.
Wyroki sądu
okręgowego i apelacyjnego
Sąd
Okręgowy i Apelacyjny w Krakowie uznały powództwo funduszu za zasadne.
Powoływałaby się przy tym na orzecznictwo Sądu Najwyższego z którego wynika, iż
choć co do zasady wykonanie zobowiązania na rzecz innego wierzyciela nie może
być zaskarżone skargą paulianską, to możliwe jest zaskarżenie spełnienia
świadczenie w sposób inny niż wynika z treści zobowiązania (np. gdy dłużnik
zamiast spłacić pożyczkę przeniósł na pożyczkodawcę własność nieruchomości).
Sądy uznały, iż z taką sytuacją mamy do czynienia w tej sprawie. Deweloper miał
bowiem przenieść lokal, a przeniósł coś innego – udział w nieruchomości.
Argumenty pozwanej, iż tak naprawdę otrzymała tę samą rzecz, którą od początku
miała nabyć, a różnica ma charakter wyłącznie prawny, nie przekonały
krakowskich sądów.
Stanowisko
SN
Sąd
Najwyższy miał jednak odmienne zdanie. Uznał, iż spełnienie świadczenia w
sposób odmienny niż wynika to z treści zobowiązania może być przedmiotem skargi
pauliańskej gdy dłużnik „spełnił – prowadzące do wygaśnięcia tego
zobowiązania z zaspokojeniem wierzyciela – świadczenie tego samego rodzaju
będące równowartością świadczenia pierwotnego”.
Na
podstawie tego wyroku SN można sformułować następujące zasady dotyczące
zaskarżalności spełnienia przez dłużnika świadczenia na rzecz innego
wierzyciela:
1. reguła: nie może być
zaskarżone spełnienie świadczenia na rzecz innego wierzyciela;
2. wyjątek od reguły: może być
jest zaskarżone spełnienie świadczenie w sposób inny niż wynika to z treści
zobowiązania;
3. wyjątek od wyjątku: nie może
być jest zaskarżone spełnienie świadczenie w sposób inny niż wynika z treści
zobowiązania jeżeli świadczenie jest tego samego rodzaju i jest
równowartością świadczenia pierwotnego.
Komentarz
Orzeczenie
SN jest słuszne. Sądy niższych instancji potraktowały dotychczasowe
orzecznictwo SN tak jak często sądy traktują przepisy prawa. Trzymały się one kurczowo
treści tych orzeczeń bez analizy czy argumenty, które za nimi przemawiały
zachowują ważność również w tej sprawie. Warto zwrócić uwagę, iż umowa
przenosząca na klientów dewelopera udziały w nieruchomości nie postawiła
wierzyciela w sytuacji gorszej niż gdyby doszło do umowy przeniesienia
własności lokali. W obu przypadkach deweloper przeniósłby na klientów ten sam
przedmiot o tej samej wartości (czyli zabudowaną nieruchomość). Tym samym
orzeczenia wydane w sprawach, w których dłużnicy przenosili na osoby trzecie
zupełnie inne przedmioty majątkowe niż te, do których przeniesienia byli
pierwotnie zobowiązani po to by upłynnić te składniki majątku, z których
wierzyciele mogliby się zaspokoić nie mogły być podstawą do rozstrzygnięcia
omawianej sprawy.
wtorek, 24 lipca 2012
Sąd Najwyższy: potwierdzanie wadliwych czynności członków zarządu. Kolejny krok wstecz
W zeszłym tygodniu w Rzeczpospolitej opisano wyrok SN z dnia 11 lipca 2012 r. (II CSK 744/11). Stan faktyczny był taki, że spółka dokonując czynności prawnej reprezentowana była przez jednego członka zarządu, podczas gdy obowiązywała reprezentacja łączna, przez dwóch członków zarządu. Zagadnienie, które należało rozstrzygnąć było następujące: czy w przypadku wadliwej czynności zarządu możliwe jest jej potwierdzenie w późniejszym czasie. Potwierdzenie takie jest możliwe w przypadku, gdy osoba prawna reprezentowana jest przez rzekomego pełnomocnika. Nie jest zaś jasne, czy wtedy, gdy spółkę wadliwie reprezentuje członek zarząd (lub rzekomy członek zarządu) czynność taka jest bezwzględnie nieważna, czy też można ją potwierdzić.
Wyrok SN jest złą wiadomością
dla praktyki. SN uznał iż czynności członków zarządu potwierdzić nie można. Był
to niegdyś pogląd dominujący w orzecznictwie i doktrynie. Jednakże, w
uzasadnieniu uchwały siedmiu sędziów z 14 września 2007 r. (III CZP 31/2007) SN
jednoznacznie opowiedział się za możliwością potwierdzenia wadliwych czynności
prawnych zarządu osoby prawnej. Uchwałę tę profesor Sołtysiński określił jako „jedno
z najbardziej doniosłych orzeczeń Izby Cywilnej SN zapadłych o 1989r.”
Orzeczenie to było przykładem tryumf zdrowego rozsądku nad formalizmem
prawniczym. Sędziowie wzięli pod uwagę, iż możliwość potwierdzenia czynności
zarządu chroni lepiej interesy osoby prawnej i bezpieczeństwo obrotu niż
sankcja bezwzględnej nieważności. W wyczerpujący sposób odparli też dogmatyczne argumenty za sankcją nieważności.
Jak się okazało, zachwyty były przedwczesne. SN w
kolejnych orzeczeniach raz potwierdzał stanowisko wyrażone w uchwale z 2007 r. (np.
III CSK 304/2008), a raz wracał do poglądu, iż wadliwa czynność zarządu jest
nieważna i nie może być potwierdzona. Przykładem tego jest wyrok z 8
października 2009 r. (II CSK 180/2009). W wyroku tym SN odrzucił
argumenty wyrażone w uchwale siedmiu sędziów w kilku zaledwie zdaniach. Co
więcej, lektura wyroku może wywołać błędne wrażanie, iż rozstrzygnięte
zagadnienie nie budzi kontrowersji. Napisano bowiem, iż pogląd broniący sankcji
nieważności bezwzględnej jest „jednolicie reprezentowany” w orzecznictwie SN. Mam
nadzieję, iż w uzasadnieniu uchwały z 18
lipca 2012 r. SN nie tylko przyzna, iż obecne stanowisko nie jest jedynym jakie zajmował w tej kwestii, ale też szczegółowo uzasadni dlaczego uznał, iż skład
siedmiu sędziów wydając uchwałę z 14 września 2007 r. roku w błędzie. Dobrze byłoby
też, gdyby kwestia ta została ostatecznie rozstrzygnięta przez SN w drodze
uchwały mającej moc zasady prawnej.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Dealing in Virtue. Międzynarodowy arbitraż handlowy w relacjach praktyków (część 2)
Elitarny
klub, czyli mafia
Anglosaskie kancelarie, które zdecydowały się poszerzyć swoją
działalność o międzynarodowy arbitraż z bólem znosiły
dominację wąskiej grupy arbitrów. Grupa ta praktycznie zmonopolizowała większość wielkich spraw. Jak piszą
autorzy ”The Anglo-American practioners seek revenge with respect to the
intellectual Parisian salons” (s. 51 i 52). I dalej: “One can understand the resentment of these
litigators, who were forced to pay the fees of the initiated under the pretext
that one must have the required expertise in the learned language that was de
rigeur in the Parisian club of arbitration”. (s.53) W książce nie brakuje
dosadnych słów, którymi praktycy arbitrażu, w tym ci, którzy weszli do
„klubu”, opisywali środowisko arbitrażowych notabli:
”This
is mafia. There are about, I suppose, forty to fifty people in Western Europe who could claim that they make their
living doing this. I’m one of them. It took me, oh probably close to fifteen
years to get to the point that when I go as I do regularly to the Swiss
Arbitration Association meeting twice a year, or I go to an ICC gathering, or
an ICCA gathering that I will know and be recognized, and know and talk to a
number, you know, the leading figures. And if you . . . that’s how you just get
into it. Now why is it a mafia? It’s a mafia because people appoint one
another. You always appoint your friends-people you know. It’s a mafia because
policymaking is done at these gatherings". (s.50)
Inny arbiter tak zaś scharakteryzował to
środowisko:
“I’ve appeared in Scandinavia, in
the U.K. , in France , in Switzerland ,
and in Italy ,
and I run into the same lawyers everywhere it’s the same names. . . . And so
there are people who are almost always involved in some fashion or other if
there’s an arbitration involving a national event of their country. . . .
[O]nce you go offshore, . . . it is a very fungible group and it’s the same
people over and over [as lawyers and arbitrators]” (int. 51, 11). A
senior English arbitrator noted the dilemma: “You’re often appointed a party
arbitrator by someone with whom you have worked before,” and “You know you’re
going to work with him again. Does that unconsciously bias one? I think that’s
a difficult one.” But “not everybody is 100 percent honest and you know it’s a
very great advantage to find someone whose character you really do know and can
depend on”. (s.50)
Zderzenie
kultur
Amerykańscy
prawnicy starali narzucić swój styl rozwiązywania
sporów. O ile europejscy arbitrzy uważali arbitraż za elitarną i
koncyliacyjną formę rozwiązywania sporów, o tyle Amerykanie traktowali arbitraż jako kolejny
rodzaj procesów, a spory sądowe i arbitrażowe były dla nich częściami wspólnej praktyki dispute
resolution. Jeden z partnerów w
nowojorskiej kancelarii ujął to tak: ”Arbitration is considered by us to be
an adjunct to litigation – litigation in the courts. It’s simply a
different forum”. Paryskie salony nie akceptowały jednak takich
barbarzyńskich anglosaskich koncepcji jak discovery, czy cross-examtination.
Poniższa historia opowiedziana przez prawnika z nowojorskiej
kancelarii świetnie ilustruje zupełny brak
zrozumienia pomiędzy prawnikami wychowanymi w tradycji common law i
kontynentalną elitą arbitrażu:
“So we had a mind-set of doing the thing in
kind of the way an American would approach it. And we went ahead and we even
took some depositions. We talked a lot about possible discovery. And we went
ahead and held these hearings – we had witness hearings. And we brought over a
court reporter, an American court reporter… And we missed. You know how you can
get when you are working out of the same cultural background. We missed. But
the panel – we’d forgotten about the panel. We thought the panel would have surely
appreciated all this effort. And what we both missed was that the chairman went
along with us. He would make us happy. But he had absolutely no interest. And
it was a disaster. We didn’t realize that. How I found out was months later one
day when we were filing some stuff from the hearing. I said to the chairman, I
said, well, Mr. Chairman I guess we’re disappointed to tell you unfortunately
the court reporter couldn’t get the last volume of the transcript here in
time, so we can’t argue that point to you because we don’t have the transcript;
And you don’t have the transcript. And he said to us, why in the world would I
want this transcript? This transcript is for you two gentlemen. We don’t ever
read it…And I found out later on he’d never read them. So that was eliminated.
We emphasized the facts to the witnesses. We learned that the Europeans don’t
ever believe their ears. And we wasted a lot of time in oral testimony. I think
it helped them a little because we had expert witnesses, and I think they learned
a little. But I don’t think they paid a lot of attention. To it. What counted
was the writings…, and the final arguments… that was the tour de force.” (s. 108)
Podsumowanie
Dealing in Virtue jest fascynującą lekturą dla każdego, kto w praktyce
lub naukowo zajmuje się arbitrażem. Zaletą tej
książki jest to, iż oparta jest ona na solidnych badaniach empirycznych w
postaci rozmów z praktykami arbitrażu w wielu krajach. Cenne jest również to, iż autorzy w otwarty sposób opisują zjawiska, o
których rzadko mówi się publicznie.
Zapewne dla wielu prawników, w tym dla mnie, minusem jest
to, że znaczną część książki zajmują dosyć rozwlekłe teoretyczne
rozważania socjologiczne, które niewiele pomagają w zrozumieniu
opisywanych zjawisk. Minusem, z dzisiejszej
perspektywy, jest również , że jest to książka stosunkowo stara. Wydano ją w
1996r. Od tego czasu rola anglosaskich firm i praktyk znanych common
law znacznie wzrosła. Napięcie między tradycją common law i tradycją prawa cywilnego do
dzisiaj ma jednak wpływ na kształt międzynarodowego arbitrażu. Przykładowo, gdy
w maju br. media doniosły, iż nowym sekretarzem generalnym sądu
arbitrażowego przy ICC zostanie włoski prawnik Andrea
Carlevaris, tak skomentował on swój wybór „The intention was this time to
appoint a lawyer from a civil law country (…) it “strikes a balance” at
the ICC.” Magazyn
The Lawyer napisał tak: “He sees his own appointment as evidence of the growing
importance of Italy
and of civil law countries more generally on the arbitration scene. Many
secretaries general have been Anglophone and also from common law jurisdictions”.
piątek, 8 czerwca 2012
Dealing in Virtue. Międzynarodowy arbitraż handlowy w relacjach praktyków (część 1)
Niedawno przeczytałem książkę Dealing in
Virtue. International
Commercial Arbitration and the Construction of a Transnational Legal Order. Jej autorami są Yves Dezalay, francuski socjolog
oraz Bryant G. Garth, amerykański profesor prawa. Książka ta przedstawia środowisko międzynarodowego arbitrażu handlowego oraz
historię arbitrażu. Autorzy opisują rozwój sądownictwa polubownego, ze
szczególnym uwzględnieniem arbitrażu przy Międzynarodowej Izbie Handlowej w
Paryżu (ICC). O tej części książki piszę poniżej. Ponadto poddają oni analizie
arbitraż w Wielkiej Brytani, USA, Szwecji oraz w Hong Kongu.
Tajemniczy świat międzynarodowego
arbitrażu
Na początku książki autorzy zauważają: “Many lawyers and
legal academics know something about the subject, but the world of arbitration
remains rather mysterious, especially for those not fully initiated into it.” (s.4). Celem książki jest opisanie tego
tajemniczego świata. Autorzy analizują jak współczesny stan
międzynarodowego arbitrażu handlowego ukształtował się w wyniku
napięć i konfliktów pomiędzy kontynentalnymi i anglosaskimi prawnikami
reprezentującymi zasadniczo odmienne podejście do prawa i rozwiązywania sporów.
Arbitrzy jak średniowieczni notable
Autorzy Dealing in Virtue przedstawiają sylwetki
prominentnych postaci ze świata międzynarodowego arbitrażu. Analizują kariery takich figur jak Perre Lalive,
Gunner Lagergren, William D. Rogers, czy Yves Derrains. Wskazują, że
podstawą ich sukcesu był “kapitał symboliczny”, w postaci uznania w
świecie akademickim lub
renomy wynikającej z sukcesu w praktyce prawniczej. Opisując kariery arbitrów-akademików autorzy dokonują ciekawych porównań:
“The careers of these notable
individuals recall accounts of the medieval church. The son of a nobleman could
become a bishop of the church simply because of family background and social
prominence. Others would shave their heads, take vows of celibacy, devote
everything to the church, and yet have no chance to rise to a position of
eminence, such as bishop. Their hard work would help maintain the institutional
structure that made the position of bishop attractive to the son of a nobleman,
but they lacked the social platform to gain the top position.” (s. 23)
Grand old men przeciwko technokratom
W książce opisano konflikt pomiędzy dwoma generacjami arbitrów, „grand
old men” (takimi jak większość z wyżej wymienionych arbitrów) i
„technokratami”. Ci pierwsi, wywodzący się z grona najbardziej uznanych kontynentalnych profesorów, emerytowanych sędziów sądów
najwyższych instancji, czołowych barriesterów
i Queen’s Counsel uważali, iż arbitraż powinien być zajęciem dorywczym,
dodatkowym, czymś, czym dżentelmeni zajmują się amatorsko w wolnym czasie. ”Arbitration
is a duty, not a career”, mówi jeden z nich.”Grand old men”
zdobyli uznanie i finansową niezależność na polu akademickim, lub w
praktyce prawniczej poza arbitrażem, a następnie ten swój „kapitał”
wykorzystali w arbitrażu. W lat 70-tych i 80-tych XX wieku na scenę wkroczyła
nowa generacja praktyków wywodząca się głównie z anglosaskich firm prawniczych.
Traktowali oni arbitraż jako specjalizację i ścieżkę kariery. Charyzmie starszych kolegów przeciwstawili swoje
umiejętności techniczne. Młodsze pokolenie charakteryzowało bardziej
biznesowe i profesjonalne podejście do sprawowania roli arbitra. Różnice między
tymi dwiema generacjami nie bez uszczypliwości tłumaczą
przywołani w książce szwajcarscy arbitrzy:
“Several young Swiss arbitrators
highlighted the difference between generations, in their opinion, by stating
that, while they would stay awake all night to finish an arbitration and
produce an award, the senior Swiss arbitrators would terminate the hearing at
5:00 P.M. for dinner and an evening at the opera.” (s. 36-37)
Lex
mercatoria
Jednym z przejawów tego konfliktu był spór dotyczący koncepcji legis
meractoriae, międzynarodowego prawa zwyczajowego. Zdaniem wielu akademików europejskich prawo takie wytworzyło się w międzynarodowym obrocie handlowym i miało
przy rozstrzyganiu sporów arbitrażowych zastąpić
prawa poszczególnych państw. Koncepcja ta była jednak stanowczo odrzucana przez
praktyków z międzynarodowych firm prawniczych. Uważali oni, iż jest stanowi ona drogę na skróty, która
arbitrom-profesorom pozwalała rozstrzygać sprawy bez rzetelnej analizy faktów,
treści umowy, zagadnień kolizyjnych i materialnoprawnych. Jak wskazał jeden z amerykańskich praktyków:
“It’s something that can be subject to
abuse where an arbitrator doesn’t feel like going through a difficult choice of
law . . . or simply decides that something is lex mercatoria because that’s an
answer he feels is right. . . . The question is . . . whether commercial
parties feel that it provides sufficient security and predictability-and how
well arbitrators who don’t have the abilities of [Berthold] Goldman [a senior
French professor and the “father” of the lex mercatoria] are able to apply the
theory and come up with suitable answers that are perceived as fair and
reasonable by both parties.” (s. 39)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

