Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyrok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyrok. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lipca 2014

Henry Friendly, niedościgniony wzór sędziego


Ci, których interesuje prawnicze życie umysłowe również poza granicami Polski znają zapewne nazwiska amerykańskich sędziów takich jak Antonin Scalia, John Roberts czy Richard Posner, oraz historyczne postacie takie jak Oliver Wendell Holmes czy Warren Burger. W przeciwieństwie do nich sędzia Henry Friendly jest w Polsce postacią mało znaną. W swoim rodzinnym kraju uważany jest jednak za jednego z najwybitniejszych sędziów w historii. Niedawno ukazała się jego biografia autorstwa Davida M. Dorsena pt. „Henry Friendly.Greatest Judge of His Era”. Przedmowę napisał sędzia Richard Posner, który sam uważa bohatera biografii za niedościgniony wzór sędziego.

Przyznaję, że była to pierwsza biografia sędziego, jaką w życiu przeczytałem. Była to lektura ciekawa, a sam Friendly był postacią nietuzinkową. Był niesłychanie inteligentny. Ukończył studia na Harvard Law School z najlepszym wynikiem w historii. Odrzucił ofertę nauczania na Harvardzie i po odbyciu praktyki w Sądzie Najwyższym zaczął praktykę w kancelarii Root, Clark, Buckner, Howland and Ballantine (która po latach zmieni nazwę na Dewey Ballantine). Z firmy tej odszedł wraz z kilkoma innymi partnerami w 1945 r. by założyć Cleary, Gottlieb, Friendly & Cox – jest to dziś jedna z najbardziej uznanych amerykańskich firm prawniczych (co ciekawe, kilka lat później trzech innych prawników opuściło Root, Clark by założyć Skadden, Arps & Slate, która dziś jest jedną z największych kancelarii na świecie). W 1959 roku został sędzią United States Court of Appeals for the Second Circuit. W 1986 r., w wieku lat 82, popełnił samobójstwo. Przez całe życie miał skłonność do depresji. Cierpiał też na chroniczną chorobę oczu. Ani jedno, ani drugie nie miało jednak wpływu na jakość jego pracy ani na fantastyczną produktywność. Wyroki, które Friendly pisał w kilka godzin, kształtowały orzecznictwo przez lata i do dziś są cytowane.

W przeciwieństwie do innych wielkich amerykańskich sędziów, Henry Friendly nie kierował się żadna ideologią. Był sędzią pragmatycznym. Jak pisze Dorsen:

„While his votes in a small number of areas tended to favor one class of parties or one position, he was not doctrinaire. Rather than attach himself to one team or the other, he spent his energies leveling the playing field and tweaking the rules in the interests of legal cohesiveness and fairness. As in the Wendel will case, it was the intellectual exercise rather than which side or position won that most interested him. Seeing the complexities in a problem, he advocated a position that he believed resolved difficult cases intelligently. He promoted compromise and a balancing of interests while articulating concepts and standards that made the law more rational and workable. He tended to shy away from seemingly simple bright-line rules. Indeed, part of his brilliance was recognizing that there were no easy answers to the problems that confronted him. Often both sides had good (or only bad) arguments.”

Charakterystyczna dla sposobu myślenia Friendly’ego jest sprawa Pearlstein v. Scudder & German. Zgodnie z ustawodawstwem federalnym dom maklerski powinien sprzedać papiery wartościowe inwestora, który nie zapłacił za nie w ciągu siedmiu dni od dnia zlecenia. Stanley Pearlstein, prawnik z wykształcenia, a z zawodu inwestor, wbrew poradzie domu maklerskiego zakupił obligacje o wartości 200.000 dolarów, ignorował wezwania do zapłaty i nie wyraził zgody na ich sprzedaż przez dom maklerski. Kilka miesięcy później dom maklerski sprzedał te obligacje ze stratą, a Pearlstein pozwał dom maklerski o odszkodowanie w wysokości 85.000 dolarów. Zdaniem większości składu sędziowskiego dom maklerski naruszył prawo, a powód miał prawo żądać odszkodowania. Friendly nie zgodził się z kolegami, a w zdaniu odrębnym napisał:

„Equity and justice are qualities that Pearlstein’s claim conspicuously lacks. He bought the bonds against defendant’s advice, refused to sell them on its urging, remained silent when defendant was pressing for payment, and settled his liability after having had legal advice. Equity would leave the loss where it lies.” „[S]peculators will be in a posiotion to place all the risk of market fluctuations on their brokers, if only the customer’s persuasion or the broker’s negligence causes the latter to fail in carrying out [the regulation] to the letter.”

Polecam zapis debaty na temat spuścizny Friendly’ego, w której brał udział między innym autor jego biografii:



I jeszcze ciekawostka arbitrażowa – w 1981 roku asystentem Friendly’ego był Gary Born.

wtorek, 24 lipca 2012

Sąd Najwyższy: potwierdzanie wadliwych czynności członków zarządu. Kolejny krok wstecz


W zeszłym tygodniu w Rzeczpospolitej opisano wyrok SN z dnia 11 lipca 2012 r. (II CSK 744/11). Stan faktyczny był taki, że spółka dokonując czynności prawnej reprezentowana była przez jednego członka zarządu, podczas gdy obowiązywała reprezentacja łączna, przez dwóch członków zarządu. Zagadnienie, które należało rozstrzygnąć było następujące: czy w przypadku wadliwej czynności zarządu możliwe jest jej potwierdzenie w późniejszym czasie. Potwierdzenie takie jest możliwe w przypadku, gdy osoba prawna reprezentowana jest przez rzekomego pełnomocnika. Nie jest zaś jasne, czy wtedy, gdy spółkę wadliwie reprezentuje członek zarząd (lub rzekomy członek zarządu) czynność taka jest bezwzględnie nieważna, czy też można ją potwierdzić.

Wyrok SN jest złą wiadomością dla praktyki. SN uznał iż czynności członków zarządu potwierdzić nie można. Był to niegdyś pogląd dominujący w orzecznictwie i doktrynie. Jednakże, w uzasadnieniu uchwały siedmiu sędziów z 14 września 2007 r. (III CZP 31/2007) SN jednoznacznie opowiedział się za możliwością potwierdzenia wadliwych czynności prawnych zarządu osoby prawnej. Uchwałę tę profesor Sołtysiński określił jako „jedno z najbardziej doniosłych orzeczeń Izby Cywilnej SN zapadłych o 1989r.” Orzeczenie to było przykładem tryumf zdrowego rozsądku nad formalizmem prawniczym. Sędziowie wzięli pod uwagę, iż możliwość potwierdzenia czynności zarządu chroni lepiej interesy osoby prawnej i bezpieczeństwo obrotu niż sankcja bezwzględnej nieważności. W wyczerpujący sposób odparli też  dogmatyczne argumenty za sankcją nieważności.

Jak się okazało, zachwyty były przedwczesne. SN w kolejnych orzeczeniach raz potwierdzał stanowisko wyrażone w uchwale z 2007 r. (np. III CSK 304/2008), a raz wracał do poglądu, iż wadliwa czynność zarządu jest nieważna i nie może być potwierdzona. Przykładem tego jest wyrok z 8 października 2009 r. (II CSK 180/2009).  W wyroku tym SN odrzucił argumenty wyrażone w uchwale siedmiu sędziów w kilku zaledwie zdaniach. Co więcej, lektura wyroku może wywołać błędne wrażanie, iż rozstrzygnięte zagadnienie nie budzi kontrowersji. Napisano bowiem, iż pogląd broniący  sankcji nieważności bezwzględnej jest „jednolicie reprezentowany” w orzecznictwie SN. Mam nadzieję, iż w uzasadnieniu  uchwały z 18 lipca 2012 r. SN nie tylko przyzna, iż obecne stanowisko nie jest jedynym jakie  zajmował w tej kwestii, ale też szczegółowo uzasadni dlaczego uznał, iż skład siedmiu sędziów wydając uchwałę z 14 września 2007 r. roku w błędzie. Dobrze byłoby też, gdyby kwestia ta została ostatecznie rozstrzygnięta przez SN w drodze uchwały mającej moc zasady prawnej.

wtorek, 6 marca 2012

Likwidacja pisemnych uzasadnień wyroków

Niedawno na tym blogu pisałem o rozwlekłych uzasadnieniach wyroków sądowych w Polsce. Uzasadnienia w większości składają się z „zapychaczy”, a istotna treść najczęściej zawarta jest na kilku zaledwie stronach. Stąd postulat, by uprościć uzasadnienia wyroków, skończyć z bezsensowną praktyką szczegółowego opisywania stanowiska stron, orzeczeń sądów niższych instancji i tych elementów stanu faktycznego, które nie są sporne między stronami.

Okazuje się, że Ministerstwo Sprawiedliwości również pochyliło się nad tym problemem. W zeszłym tygodniu wiceminister sprawiedliwości, Jacek Gołaczyński, zapowiedział, że Ministerstwo rozważa rezygnację z pisemnych uzasadnień wyroków i zastąpienie ich nagraniami ustnych motywów wyroku (zob. tu i tu).

Pomysł Ministerstwa Sprawiedliwości uważam za wylanie dziecka z kąpielą. Ustne uzasadnienia nie mogą zastąpić uzasadnień pisemnych bez szkody dla jakości orzeczeń. Uzasadnienie wyroku musi być bardzo precyzyjne. Od dokładności wyrażenia myśli przez sędziego zależy możliwość skutecznego zaskarżenia wyroku i zbadania go przez sąd wyższej instancji. Precyzję wywodów wymaganą od uzasadnienia wyroku większość ludzi może osiągnąć tylko dzięki przelaniu myśli na papier. Artur Schopenhauer w eseju „O pisarstwie i stylu podzielił osoby piszące na trzy kategorie. Pierwsza, jego zdaniem najliczniejsza, to ci, którzy piszą nie myśląc. Druga, to ci, którzy pisząc myślą. Trzecia, to ci, którzy pomyśleli zanim przystąpili do pisania. Uważam, że z wymogu przygotowania pisemnego uzasadnienia można zwolnić wyłącznie tych sędziów, którzy należą do trzeciej kategorii. Tylko czy Minister Sprawiedliwości wie jak odróżnić ich od sędziów, którzy mieszczą się w dwóch pierwszych kategoriach?


środa, 21 grudnia 2011

O uzasadnieniach wyroków


We wczorajszej Rzeczpospolitej opublikowano artykuł o praktyce sądów polegającej na kopiowaniu przez sędziów fragmentów orzeczeń oraz pism procesowych i wklejaniu ich do uzasadnień wyroków.

W sprawę obrony praw osoby „pokrzywdzonej” takimi praktykami zaangażowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, co może wskazywać, że prawo do oryginalnego uzasadnienia należy do coraz to szerszego katalogu praw człowieka. Uważam, iż używanie przez sędziów funkcji copy & paste nie jest wielkim problemem, tak długo jak sędzia rozumuje samodzielnie oraz potrafi napisać rzetelne i spójne logicznie uzasadnienie.

Większym problemem niż kopiowanie i wklejanie tekstu jest zwyczaj "zapychania" uzasadnień wyroków zbędnymi opisami. Niewątpliwie pisanie uzasadnień jest jedną z najbardziej czasochłonnych czynności w toku pracy sędziego. Od sprawności w pisaniu uzasadnień i tempa ich tworzenia zależy w znacznej mierze wydajność pracy sędziego. Zobaczmy więc jak wygląda przeciętne uzasadnienie. Właśnie otrzymałem odpis wyroku sądu apelacyjnego w jednej ze spraw, którą prowadzę. Uzasadnienie zajmuje 28 stron, pisanych czcionką Times New Roman, wielkości 11 pt. Autor uzasadnienia musiał więc sporo napracować się. 

Zakładając, iż uzasadnienie było pisane w przeciętnym tempie 1 strony na godzinę, na jego sporządzenie trzeba było poświęcić 28 godzin, czyli 3,5 dnia pracy. Istotna część uzasadnienia, w której zawarte są rozważania sądu apelacyjnego, zaczyna się pod koniec strony 19. A co z resztą? Pierwsze 2,5 strony zajmuje streszczenie pozwu, drugie tyle opis odpowiedzi na pozew. Kolejną stronę poświęcono na opisanie dalszej argumentacji obu stron. Na stronach od 7 do 16 szczegółowo opisano wyrok sądu I instancji, a strony 16-19 poświęcone są opisowi apelacji. Tym samym ponad 70 % treści uzasadnienia zajmuje część opisowa (historyczna), tak naprawdę nikomu niepotrzebna. Jest to bowiem opis tych dokumentów, które i tak są w aktach sprawy. Kodeks postępowania cywilnego nie wymaga w ogóle, by w uzasadnieniu znalazła się część opisowa. Jej zamieszczanie wynika ze zwyczaju. W literaturze wskazuje się, że powinna ona być zawsze podporządkowana „właściwej części motywacyjnej”.

Tymczasem często uzasadnienia wyglądają podobnie jak powyżej opisane uzasadnienie sądu apelacyjnego. Taka praktyka jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Zapewne służy ona zamaskowaniu faktu, iż sąd nie ma zbyt pogłębionych przemyśleń na temat sprawy. Nawet jeśli taka jest przyczyna, dla wszystkich lepiej będzie jeżeli sąd napisze uzasadnienie na 8 stron, zamiast na 28, a czas dzięki temu zaoszczędzony poświęci na wnikliwe czytanie i analizę akt, orzecznictwa i komentarzy.

niedziela, 10 października 2010

Podpis pod sentencją wyroku sądu polubownego. Kilka uwag o wymogu, którego nie ma.


W zeszłym tygodniu pisałem z aprobatą o wyroku Sądu Najwyższego, w którym uznał on, iż naruszenie przepisów dotyczących postępowania przed sądem polubownym może stanowić naruszenie podstawowych zasad porządku prawnego RP. Tym razem kilka uwag do orzeczeń sądów, które również podzielały ten pogląd, choć zastosowały go w sposób oczywiście błędny.

W „Rzeczpospolitej” opisano sprawę, w której sąd rejonowy i sąd okręgowy odmówiły stwierdzenia wykonalności sądu polubownego. Powodem odmowy była okoliczność, iż podpisy arbitrów znalazły się nie pod sentencją wyroku, lecz pod jego uzasadnieniem.

Żaden z przepisów Kodeksu postępowania cywilnego nie przewiduje, iż arbitrzy muszą podpisać się pod sentencją wyroku. W tym zakresie ustawa przewiduje tylko, iż wyrok sądu polubownego musi być sporządzony na piśmie i podpisany przez arbitrów, którzy go wydali. Jest to więc regulacja odmienna od regulacji wyroków sądów państwowych, co do których KPC wyraźnie stanowi, iż sentencję wyroku podpisuje cały skład sądu. Już to wystarcza by uznać za błędne wskazane wyżej orzeczenia sądów.

Co więcej jednak, w przepisach dotyczących arbitrażu przewidziano, iż "wyrok sądu polubownego powinien zawierać motywy rozstrzygnięcia". Z takiego brzmienia ustawy można wnosić, iż motywy (uzasadnienie) stanowią integralną część wyroku sądu polubownego. W konsekwencji można przyjąć, iż podpisy powinny znajdować się pod całą treścią wyroku, co w praktyce oznacza, iż powinny one znaleźć się właśnie pod uzasadnieniem.

Orzeczenia sądu rejonowego i sądu okręgowego są wynikiem inwencji twórczej nakierowanej na wymyślanie nieistniejących uchybień o charakterze formalnym. Nie jest to praktyka odosobniona. Niestety, dosyć często sądy same konstruują wymogi, które mają nikłe lub żadne oparcie w ustawie, a następnie na tej podstawie odmawiają uwzględnienia zasadnych wniosków stron.

sobota, 4 września 2010

Wyrok sądu arbitrażowego w sprawie DPTG przeciwko TP S.A.


3 września sąd arbitrażowy w Wiedniu wydał wyrok częściowy w sprawie z powództwa duńskiej spółki DPTG przeciwko TP S.A. Sąd nakazał TP S.A. zapłatę 1,568 mld zł. Spór dotyczył opłat, które TP S.A. miała płacić na rzecz duńskiej spółki za korzystanie z wybudowanej przez Duńczyków sieci światłowodowej.

Sprawa ta została opisana w raporcie bieżącym TP S.A. oraz w głównych dziennikach: Rzeczpospolita i Gazeta Wyborcza.

Nie ma więc potrzeby, by przytaczać ponownie fakty. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na dwie kwestie dotyczące międzynarodowego arbitrażu w ogólności, które są widoczne w tej sprawie.

Pierwszą kwestią jest czas postępowania arbitrażowego. Sprawa została wszczęta w 2001, więc toczyła się przez 9 lat. Dodajmy, że wydano wyrok częściowy, rozstrzygający rozliczenia stron za lata 1994-2004. Roszczenia za lata 2004-2009 będą przedmiotem odrębnego wyroku. Całościowe rozstrzygnięcie sporu może więc trwać 10 lat lub dłużej. 9 lat na wydanie wyroku jest okresem bardzo długim (niestety żadne z powyższych źródeł nie wyjaśnia przyczyn tak długiego rozpoznawania tej sprawy). Długotrwałe postępowania nie są jednak niczym nadzwyczajnym w międzynarodowym arbitrażu. Z tego powodu arbitraż znajduje się coraz częściej w ogniu krytyki ze strony środowisk biznesu (por. tekst Andrew Clarke z Corporate Counsel International Arbitration Group, tekst Lucy Reed z Freshfields. Menedżerowie oczekują szybkiego, sprawnego i efektywnego rozwiązywania sporów, a arbitraż często oczekiwania te zawodzi. Toczenie sporu przez prawie dekadę może być uznane za porażkę arbitrażu.

Drugą kwestią są postępowania sądowe po wydaniu wyroku przez sąd arbitrażowy. „Rzeczpospolita” przytacza wypowiedź prezesa zarządu TP S.A.: „będziemy analizować dzisiejszą decyzję punkt po punkcie i jesteśmy zdeterminowani do wykorzystania wszystkich środków prawnych, aby bronić interesów spółki i jej akcjonariuszy”. TP S.A. najprawdopodobniej więc wniesie skargę o uchylenie tego wyroku do sądu austriackiego. Ponadto, DGTP będzie zmuszona toczyć spór o stwierdzenie wykonalności tego wyroku przed sądami w Polsce. Oznacza to, iż spór przeniesie się z sądu polubownego do sądów państwowych. Sprawy takie również mogą toczyć się latami, czego przykładem był spór dotyczący udziałów w PTC, operatora sieci ERA. To dodatkowo uderza w mit arbitrażu jako szybkiej i sprawnej metody rozwiązywania sporów. Między bajki można też włożyć twierdzenia, iż poważne firmy respektują dobrowolnie wyroki sądów polubownych i tylko w nadzwyczajnych przypadkach bronią się jeszcze w sądach państwowych. Świat pewnie byłby lepszy, gdyby strony na serio traktowały zapisy umowy mówiące o tym, iż wyrok sądu arbitrażowego będzie dla nich wiążący i ostatecznie rozstrzyga spór między nimi. W rzeczywistości jednak nierozsądnym byłoby oczekiwać, iż strona przegrywająca wielomilionowy spór nie skorzysta z przysługujących jej środków obrony.

Sprawa ta zdaje się więc być dobrą ilustracją problemów, które dotykają międzynarodowy arbitraż handlowy. W najbliższym czasie napiszę o środkach, jakie proponuje się zastosować, by usprawnić postępowania arbitrażowe i skrócić czas rozwiązywania sporów.