wtorek, 15 stycznia 2013
Wygrana kancelarii Woźniak Kocur przed Sądem Najwyższym
W zeszłym tygodniu Sąd Najwyższy wydał wyrok korzystny dla naszego klienta w sprawie z powództwa nowojorskiego funduszu hedgingowego Manchester Securities Corporation, jednego z funduszy grupy Elliott (III CSK 114/12). Relacje prasowe można znaleźć mi.in. tutaj, tutaj i tu.
czwartek, 13 grudnia 2012
Arbitraż inwestycyjny w ogniu krytyki
Arbitraż inwestycyjny rozkwita. Liczba spraw administrowanych przez ICSID wzrosła z 38 w 1996 r. do 450 w 2011 r. Coraz wyższe są też kwoty zasądzonych odszkodowań. W latach 2010/11 zawisłych było 151 spraw o wartości przedmiotu sporu ponad 100 milionów USD. W październiku br. zasądzono najwyższe dotychczas odszkodowanie w arbitrażu inwestycyjnym w wysokości 1.769.625.000 USD (sprawa Occidental Petroleum p-ko Republice Ekwadoru).
Jednocześnie nasila się krytyka obecnego systemu. Ostatnio trafiłem na dwa ciekawe opracowania. Pierwszy to artykuł Gusa Van Hartena „Arbitrator Behaviour in Asymmetrical Adjudication: An Empirical Study of Investment Treaty Arbitration”.
Autor ten zbadał 140 wyroków. Analiza treści uzasadnień tych wyroków doprowadziła do wniosku, iż arbitrzy są stronniczy. Lepiej traktują powodów niż pozwane państwa, a wśród powodów na lepsze traktowanie mogą liczyć podmioty z największych państw zachodnich.
Drugie opracowanie to raport „Profiting From Injustice. How Law Firms, Abitrators and Fiananciers Are Fuelling an Investement Arbitration Boom” przygotowany przez Pię Eberhadrdt i Cecilię Olivet. Konkluzje tego raportu są następujące:
- „boom” w arbitrażu inwestycyjnym pozwolił osiągnąć prawnikom zajmującym się tymi sprawami wyjątkowo wysokie dochody finansowane z kieszeni podatników,
- międzynarodowy arbitraż inwestycyjny został zdominowany przez małe grono kancelarii oraz kilkunastu arbitrów,
- arbitrzy przedkładają interesy prywatnych inwestorów ponad interes państw,
- prawnicy zajmujący się arbitrażem inwestycyjnym, w tym znani arbitrzy agresywnie promują arbitraż inwestycyjny mimo braku związku między klauzulami arbitrażowymi w umowach międzynarodowych a wielkością inwestycji zagranicznych,
- prawnicy zajmujący się arbitrażem inwestycyjnym zachęcają państwa do podpisywania umów o ochronie inwestycji formułując postanowienia w sposób ogólnikowy co zwiększa szanse powstania sporów,
- kancelarie zajmujące się arbitrażem inwestycyjnym i znani arbitrzy korzystają ze swoich wpływów, aby aktywnie lobbować przeciwko reformom obecnego systemu,
- prawnicy zajmujący się arbitrażem inwestycyjnym kontrolują debatę naukową nad prawem arbitrażu inwestycyjnego,
- poprzez zaangażowanie funduszy finansujących spory system arbitrażu inwestycyjnego jest coraz ściślej powiązany ze światem spekulacji finansowych.
Artykuł Gusa Van Hartena jest naukową publikacją. Autor w oparciu o wyniki badań empirycznych stara się dokonać obiektywnej oceny zachowań arbitrów. Celem autorów raportu nie jest wyważona ocena, lecz jednoznaczna krytyka obecnego systemu. Nawet jednak mając to na uwadze przyznać należy, iż wymowa przywołanych w tym raporcie faktów jest szokująca. Zachęcam do lektury.
Warto przypomnieć, że i w Polsce toczyła się debata na ten temat wad i zalet arbitrażu inwestycyjnego. Krytyczne stanowisko zajął Cezary Wiśniewski. Michał Kłaczyński polemizował z tezami dr Wiśniewskiego, a Marek Jeżewski zajął stanowisko mieszczące się między tym dwoma poglądami.
Na koniec smaczek, polski akcent w arbitrażu inwestycyjnym. Oto fragment wyroku w jedynej chyba sprawie, w której powodem była spółka polska, Cementownia Nowa Huta S.A. przeciwko Republice Turcji (ICSID Case No. ARB(AF)/06/2).
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Spory sądowe: 50 największych kancelarii
Magazyn „The Lawyer” przygotował raport na temat 50 największych firm prawniczych w dziedzinie rozwiązywania sporów. Poniższa tabela przedstawia zestawienie tych kancelarii, a tutaj można znaleźć podsumowanie raportu.
piątek, 16 listopada 2012
W oparciu o jakie kryteria wybiera się arbitrów?
Kilka miesięcy temu pisałem na tym blogu o książce „Dealing in Virtue”, opisującej środowisko międzynarodowego arbitrażu handlowego. Jej autorami są Yves Dezalay and Bryant G. Garth. Niedawno opublikowany został artykuł Thomasa Schulza i Roberta Kovacsa „The Rise of the Third Generation of Arbitrators? – Fifteen Years after Dezalay and Garth”. Artykuł ten zawiera wyniki badań, które są bardzo ciekawe dla osób zaangażowanych w arbitraż. Autorzy zapytali uznanych praktyków arbitrażu jakimi kryteriami kierują się przy wyborze arbitrów. Otrzymali 58 odpowiedzi z 23 państw. Po ich zebraniu i analizie podzielili kryteria wyboru arbitrów na trzy grupy:
(i) podstawowe, (ii) drugorzędne i (iii) nieistotne.
Podstawowe kryteria
Do podstawowych kryteriów decydujących o wyborze arbitra należą:
- umiejętność zarządzania sprawami,
- specjalizacja w dziedzinie arbitrażu,
- doświadczenie zdobyte w roli arbitra.
Spośród tych kryteriów najważniejszym zdaje się być umiejętność zarządzania sprawami. Uczestnicy badania wskazywali między innymi, że oczekują od arbitrów „twardej ręki”, „zdolności prowadzenia postępowania uczciwie i sprawnie”, „umiejętności szybkiego przejścia do rzeczy”.
Drugorzędne kryteria
Wśród kryteriów mających mniejsze znaczenie wskazano m.in. (w malejącej kolejności istotności):
- specjalizację w danej dziedzinie prawa materialnego,
- doświadczenie w roli arbitra w danym rodzaju spraw,
- doświadczenie biznesowe,
- znajomość prawa, któremu podlega spór,
- znajomość branży, której dotyczy spór,
- doświadczenie w charakterze pełnomocnika w arbitrażu,
- kraj pochodzenia arbitra,
- uznanie w środowisku akademickim,
- umiejętność przesłuchiwania świadków,
- publikacje na temat arbitrażu,
- koszty arbitra.
Nieistotne kryteria
Autorzy zapytali również czy przy wyborze arbitra uczestniczy badania kierują się tym, że arbiter nie jest powiązany z żadną kancelarią prawną (co może być użyteczne w kontekście często pojawiających się zarzutów, iż arbiter nie jest niezależny). Okazało się, że nie jest to ważna kwestia. Pytali również, czy bierze się pod uwagę, że dany kandydat pełnił wysoką funkcję publiczną (np. sędziego lub ambasadora). To również okazało się nieistotne. W kontekście tez przedstawionych w „Dealing in Virtue” autorzy artykułu skonstatowali, iż „it no longer matters to be a grand person”. Za nieistotną kwestię biorący udział w badaniu uznali to, czy arbiter deleguje część swojej pracy (np. pisanie uzasadnienia, przygotowanie rozpraw, etc.) czy też nie.
Konkluzje
Autorzy artykułu podsumowują swoje ustalenia tak: „Brutally simplified, this seems to be an indication that arbitrators are seen as managers today, only responsible for the product, with no mandate to do the work themselves”. Nie mam podstaw, by kwestionować pierwszą część tej wypowiedzi. Za każdym razem, gdy muszę wskazać arbitra, jedną z podstawowych kwestii jest to, czy jest on w stanie zapewnić sprawny przebieg postępowania. Nie sądzę jednak, by zgoda na to, że arbiter posługuje się innymi osobami w wykonaniu swoich obowiązków oznaczała zgodę na brak zaangażowania w sprawę. Jak wie każdy praktykujący prawnik delegować pracę można w różny sposób - można bardzo ściśle pilnować wykonywanego zadania, można też zlecić pracę i nie angażować się w jej wykonanie. Myślę, że delegowanie przez arbitra zadań jest tolerowane tylko tak długo, jak długo strony mają zaufanie, iż arbiter ma kontrolę nad każdym aspektem zleconej pracy.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Czy znajomość psychologii może pomóc w pisaniu pism procesowych?
Daniel Kahneman, profesor psychologii, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii opublikował w 2011 r. książkę ”Thinking, Fast and Slow”. Książka ta stała się światowym bestsellerem.
Jeden z rozdziałów tej książki zawiera rozważania, które mogą być bardzo przydatne dla prawników procesowych. Nie są to rewolucyjne uwagi. Większość nauk prof. Kahnemana można znaleźć w angielskich i amerykańskich podręcznikach dotyczących pisania pism. Dobrze jednak wiedzieć, że rady prawników piszących takie podręczniki maja solidne podstawy naukowe. Poza tym, w Polsce żadne standardy w zakresie pisania pism procesowych dotychczas się nie przyjęły. Można ignorować nauki sędziego Scalia, ale czy można ignorować noblistę uznawanego za najważniejszego psychologa od czasów Freuda?
Czego uczy nas prof. Kahneman?
Po pierwsze, warto dbać o formatowanie tekstu, rodzaj i wielkość czcionki itp.
“The general principle is that anything you can do to reduce cognitive strain will help, so you should first maximize legibility. Compare these two statements:
Adolf Hitler was born in 1892.
Adolf Hitler was born in 1887.
Both are false (Hitler was born in 1889), but experiments have shown that the first is more likely to be believed. More advice: if your message is to be printed, use high-quality paper to maximize the contrast between characters and their background. If you use color, you are more likely to be believed if your text is printed in bright blue or red than in middling shades of green, yellow, or pale blue.”
Po drugie – może to być szokujące dla wielu adwokatów i radców – używanie pretensjonalnego, pseudonaukowego żargonu nie działa.
“If you care about being thought credible and intelligent, do not use complex language where simpler language will do. My Princeton colleague Danny Oppenheimer refuted a myth prevalent among undergraduates about the vocabulary that professors find most impressive. In an article titled ‘Consequences of Erudite Vernacular Utilized Irrespective of Necessity: Problems with Using Long Words Needlessly,’ he showed that couching familiar ideas in pretentious language is taken as a sign of poor intelligence and low credibility.”
Po trzecie – to jest pewna nowość – należy używać prostych nazw.
“Finally, if you quote a source, choose one with a name that is easy to pronounce. Participants in an experiment were asked to evaluate the prospects of fictitious Turkish companies on the basis of reports from two brokerage firms. For each stock, one of the reports came from an easily pronounced name (e.g., Artan) and the other report came from a firm with an unfortunate name (e.g., Taahhut). The reports sometimes disagreed. The best procedure for the observers would have been to average the two reports, but this is not what they did. They gave much more weight to the report from Artan than to the report from Taahhut.”
Po czwarte – znowu szok dla wielu kolegów po fachu – nie da się zbyt daleko zajechać broniąc tez kompletnie pozbawionych sensu.
“All this is very good advice, but we should not get carried away. High-quality paper, bright colors, and rhyming or simple language will not be much help if your message is obviously nonsensical, or if it contradicts facts that your audience knows to be true. The psychologists who do these experiments do not believe that the people are stupid or infinitely gullible.”
Zanim przeczytacie „Thinking, Fast and Slow” polecam ten materiał:
poniedziałek, 29 października 2012
Zdanie odrębne do wyroku sądu arbitrażowego. Kilka uwag o „dissentach”
Zdania odrębne w arbitrażu budzą wiele kontrowersji. Na świecie od wielu lat toczy się debata na ich temat. Już ponad 20 lat temu Komisja Międzynarodowego Arbitrażu ICC opracowała raport dotyczący dissenting opinions. „Dissenty” mają zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Najwybitniejsi światowi praktycy i teoretycy arbitrażu (np. Albert Jan van den Berg, Alan Redfern) krytykują je.Jednocześnie najbardziej uznani arbitrzy uznają czasem, że zmuszeni są do ich napisania (np. Jan Paullson w sprawie Hrvatska Elektroprivredaprzeciwko Słowenii).
Statystyki
Zgodnie najnowszym raportem na temat praktyk i trendów w międzynarodowym arbitrażu handlowym przygotowanym przez Queen Mary College, University of London oraz kancelarię White & Case w 8% spraw arbitrażowych arbitrzy zgłaszają zdanie odrębne. W arbitrażu inwestycyjnym zdanie odrębne zgłoszono w 22% spraw (wg. danych na koniec 2008 r.; więcej informacji na ten temat można znaleźć tutaj).
Argumenty za
Zwolennicy zdań odrębnych przytaczają kilka argumentów. Po pierwsze, skutkiem zgłoszenia votum separatum może być lepszy wyrok. Zdanie odrębne może zmusić pozostałych arbitrów do bardziej wnikliwego przemyślenia swojego stanowiska oraz do szczegółowego rozważenia wszystkich argumentów zgłoszonych przez strony. Po drugie, zdanie odrębne wzbudzić może zaufanie do arbitrażu, gdyż strona przegrywająca widzi, że jej argumenty, choć ostatecznie nie przekonały większości, zostały jednak wzięte pod rozwagę. Po trzecie, podnosi się, że zdania odrębne przyczynić się mogą do rozwoju prawa. Ten ostatni argument ma być szczególnie relewantny w kontekście arbitrażu inwestycyjnego, gdzie wyroki są publikowane, a sądy arbitrażowe powołują się na orzeczenia wydane w innych sprawach.
Argumenty przeciw
Przeciwnicy „dissentów” przedstawiają swoje argumenty. Po pierwsze, wskazują, iż zdania odrębne prawie zawsze zgłaszane są przez arbitrów wyznaczonych przez stronę przegrywającą. Gdyby celem autorów zdań odrębnych był lepszy wyrok, należałoby oczekiwać również zdań odrębnych niekorzystnych dla strony, która powołała arbitra. Takie przypadki zdarzają się jednak niezmiernie rzadko. Po drugie, zdanie odrębne może podważyć autorytet sądu polubownego. W niektórych przypadkach zdanie odrębne może zawierać argumenty, które służyć będą do podważenia wyroku sądu polubownego. Po trzecie, zdania odrębne w praktyce nie przyczyniają się do rozwoju prawa. Większość orzeczeń w arbitrażu handlowym nie jest publikowana. To samo dotyczy oczywiście zdań odrębnych. W arbitrażu inwestycyjnym zaś na 150 spraw tylko w jednej trybunał arbitrażowy powołał się na zdanie odrębne w innej sprawie. Po czwarte, zdania odrębne mogą naruszyć tajność narady arbitrów.
Kiedy należy zgłosić zdanie odrębne
Wydaje się, że większość środowiska arbitrażowego i doktryny uważa zdania odrębne za zło konieczne. Rzadkie są jednak głosy postulujące by wyłączyć możliwość zgłaszania zdań odrębnych. Skoro tak, to naturalne jest pytanie, kiedy zgłoszenie votum separatum jest uzasadnione.
Albert Jan van den Berg przedstawił listę motywów, którymi mogą kierować się arbitrzy zgłaszający zdanie odrębne:
- arbiter jest mocno przekonany, że większość składu popełniła zasadniczy błąd w ustalaniu faktów lub w ocenie prawnej stanu faktycznego,
- arbiter wyraził uprzednio publicznie pogląd odmienny od poglądu większość (np. w publikacji naukowej),
- arbiter bronił odmiennego poglądu jako pełnomocnik w innym postępowaniu,
- arbiter jest pełnomocnikiem w innej toczącej się sprawie, a pogląd większości byłby niekorzystny dla jego klienta w tym postępowaniu,
- arbiter chce wykazać stronie, która go nominowała, że dokonała słusznego wyboru i powinna wybór ten powtórzyć w przyszłości,
- arbiter chce pomóc stronie, która go nominowała w uchyleniu wyroku sądu arbitrażowego lub w obronie przed jego wykonaniem,
- arbiter cierpi na intelektualny ekshibicjonizm,
- postępowanie arbitrażowe dotknięte jest poważnymi wadami, naruszone zostało prawo uczciwego procesu,
- nad arbitrem wisi groźba przemocy fizycznej w przypadku niezgłoszenia zdania odrębnego.
Zdaniem autora tylko ostatnie dwa przypadki uzasadniają napisanie dissenting opinion. Wielu praktyków zdaje się jednak nie przejmować tym poglądem.
Jak powinno wyglądać zdanie odrębne
Jeżeli arbiter uważa, iż musi napisać votum separatum, to jak powinno ono wyglądać? Alan Redfern podzielił „dissenty” na trzy grupy: „dobre”, „złe” i „brzydkie”.
- arbiter chce pomóc stronie, która go nominowała w uchyleniu wyroku sądu arbitrażowego lub w obronie przed jego wykonaniem,
- arbiter cierpi na intelektualny ekshibicjonizm,
- postępowanie arbitrażowe dotknięte jest poważnymi wadami, naruszone zostało prawo uczciwego procesu,
- nad arbitrem wisi groźba przemocy fizycznej w przypadku niezgłoszenia zdania odrębnego.
Zdaniem autora tylko ostatnie dwa przypadki uzasadniają napisanie dissenting opinion. Wielu praktyków zdaje się jednak nie przejmować tym poglądem.
Jak powinno wyglądać zdanie odrębne
Jeżeli arbiter uważa, iż musi napisać votum separatum, to jak powinno ono wyglądać? Alan Redfern podzielił „dissenty” na trzy grupy: „dobre”, „złe” i „brzydkie”.
„Dobre” zdanie odrębne jest krótkie, grzeczne i ograniczone do kluczowych kwestii. Najlepiej jeśli znajdzie się ono w treści uzasadnienia wyroku np. „arbiter A nie zgadza się z B i C w tej kwestii X, niemniej wszyscy trzej zgadzają się w zakresie zasadniczej kwestii Y”. Jak zauważył jeden z autorów „disagreement might be extreme. Yet, language should not”.
„Złe” zdania odrębne, to te, w których arbiter nie powściąga swoich zapędów polemicznych i w ostrych słowach atakuje uzasadnienie większości. Alan Redfern podaje zabawne przykłady takich opinii (autorstwa amerykańskich sędziów):
„In essence, what these four judges have done here is to blindly announce a ... rule which not only finds no support in history, precedent, experience, custom, practice, logic, reason, common sense or natural justice, but is in utter defiance of each and all of these standards.”
„The majority opinion sweeps over the evidence in this case like an express train shooting across a trestle, ignoring signals, semaphores and swinging lanterns ... Because of his experience with the train, the plaintiff will undoubtedly never park an automobile in the vicinity of a railroad track again, but from his experience with this lawsuit, he will undoubtedly also feel that he should remain far away from the courts because, from his point of view, a collision with Court-inspired law can be as devastating as a collision with a railroad locomotive.”
„Brzydkie” zdania odrębne, to zdaniem Redferna, to te, w których arbiter nie tylko artykułuje brak zgody z poglądem większości, ale też atakuje sam przebieg postępowania przed sądem polubownym. Ciekawe, że takie „brzydkie” zdania odrębne, to jednocześnie jedne z dwóch rodzajów zdań odrębnych, które van den Berg uznaje za potencjalnie usprawiedliwione.
Polskie „dissenty”
Dyskusja na temat zdań odrębnych nie jest obecna w polskiej debacie prawniczej . Nie ma też zbyt wielu publicznie dostępnych zdań odrębnych. Prawdopodobnie najbardziej znanym votum separatum jest opinia prof. Rajskiego w sprawie Eureko przeciwko RP. Niezależnie od merytorycznej jego oceny, tak jak każde inne zdanie odrębne jest ono przyznaniem przez arbitra, iż nie zdołał przekonać większości do swoich argumentów, co w ostatecznym rozrachunku jest uznaniem własnej porażki.
poniedziałek, 8 października 2012
Nos ministra
Poniżej mam zaszczyt opublikować artykuł doktora Arkadiusza Radwana, adwokata, Prezesa Instytutu Allerhanda. Jest to „wersja reżyserska” artykułu, który równolegle został opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej”.
Poglądy autora są
mi bliskie. Skrajny formalizm, przedkładanie wykładni językowej ponad inne
metody wykładni i nieliczenie się z praktycznymi konsekwencjami wydawanych orzeczeń
i decyzji uważam za podstawowe problemy w stosowaniu prawa przez sądy i organy
administracji publicznej w Polsce.
Słowa ministra Gowina o tym, że "ma w nosie literę przepisów, ważny jest ich duch" wywołały
żywiołową reakcję. Dominowały głosy oburzenia i nawoływania do dymisji szefa
resortu sprawiedliwości. Od początku zresztą minister Gowin jest dość wygodnym
obiektem ataków: a to że nieprawnik, a to że ideolog, a to że radykał, a to że
zewnętrznych doradców zatrudnia poza trybem zamówień publicznych, teraz zaś za
„aferę nosową”.
Ta ostatnia uświadomiła mi, jak wielu mamy w kraju fachowców od
wykładni prawniczej. Interesujące, że wiele „eksperckich” głosów pochodziło od
osób nie mających ani wykształcenia ani doświadczenia prawniczego – tych
samych, którzy byli wcześniej zatroskani, że na czele resortu sprawiedliwości
stanął nieprawnik.
Litera i
wykładnia
Co i jak powiedział minister? Zacznijmy od tego, „co?”. Ja usłyszałem,
że opowiedział się za prymatem wykładni funkcjonalnej nad wykładnią literalną.
Bardzo słusznie zresztą, ponieważ formalizm prawniczy przejawiający się w
egzegezie warstwy językowej tekstu prawnego z pominięciem analizy celowościowej
jest przejawem anachronizmu właściwego słabiej rozwiniętym kulturom prawnym.
Podczas rocznego stażu na uniwersytecie
nowojorskim – a był to jeden z najbardziej inspirujących intelektualnie okresów
w moim naukowym życiu – nie przypominam sobie, aby choć jedna poważna dyskusja
dotyczyła wykładni literalnej tekstu prawnego. Nie przypominam też sobie, abym
spotkał tam kogokolwiek, kto myliłby wykładnię celowościową z ideologią, a tego
rozróżnienia zdają się nie dostrzegać niektórzy komentatorzy, którzy sięgnęli
po dyżurny „argument ideologiczny”. Swoją drogą tym właśnie argumentem szafują
najszczodrzej ci akurat polemiści, którzy sami reprezentują bardzo wyrazistą
identyfikację ideologiczną. Trudno uznać ich zatem za wiarygodnych. Podobnie
trudno nie zauważyć, że antyczna Temida ma zawiązane oczy a nie zatkany nos.
Między regułami a
standardami
Teraz „jak” wypowiedział się minister? Niefortunnie. Tu zgoda. Sam
minister zresztą za formę przeprosił. Trudno jednak nie zadumać się nad faktem,
że większość komentatorów wychwyciła jedynie wątek laryngologiczny, pomijając
sedno wypowiedzi ministra. Co było sednem? Że polskie prawo cierpi na przerost
litery nad duchem.
Być może niektórzy krytycy ministra Gowina nie słyszeli o długoletniej
debacie „rules vs standards”, czyli
dyskusji o prawodawstwie posługującym się w różnym stopniu bądź to
szczegółowymi normami (rules), bądź
też klauzulami generalnymi (standards).
Wszędzie na świecie prawo stanowi pewien kompozyt obu tych elementów, jednakże
ich nasilenie i rola bywają różne w zależności od kultury prawnej i tradycji
orzeczniczej. Obserwacją pozyskaną przez badaczy ta, że w krajach posiadających
ustrój demokratycznego państwa prawa efektywniejsze są standards, podczas gdy rules
lepiej spełniają swoją rolę w ustrojach autorytarnych oraz krajach silnie
skorumpowanych, gdzie stanowią barierę ograniczającą samowolę działań władzy.
Czy zatem krytyczni wobec słów Gowina komentatorzy dają w ten sposób wyraz
swojemu przekonaniu, że Polska jest dziś rządzona autorytarnie, albo że
autorytaryzm nam zagraża? Straszenie widmem „IV RP” odczytuję jako wyraźną w
tym kierunku sugestię. Podkreślmy dla jasności: w żadnej mierze nie namawiam do
osłabienia czujności, przeciwnie, mam głęboką świadomość, że ustrój oparty na
wolności i realnym trójpodziale władz nie jest dany raz na zawsze, a początek
ograniczania demokratycznych zasad zazwyczaj przychodzi niepostrzeżenie, albo
pod szczytnymi celami. Trzeba tylko pamiętać, że wszystko ma swój koszt, że
idee mają konsekwencje i że trzeba znać miarę w podgrzewaniu polemicznej
dyskusji.
Gradacja zagrożeń
Jako obywatel, ale też jako adwokat i jako menedżer żyjący w Polsce AD
2012 bardziej aniżeli urzędniczego ekscesu i urzędniczego aktywizmu, boję się
dziś urzędniczej bezmyślności i urzędniczego oportunizmu. Nie ma takiej
bezmyślności ani takiego oportunizmu, których
by się nie dało uzasadnić w świetle obowiązujących przepisów. Proszę
zapytać o ich doświadczenia przedsiębiorców, proszę zapytać o nie
obywateli-„klientów” wymiaru sprawiedliwości.
Komentatorzy słów Gowina wyrażają obawę, że pouczeni ministerialnym
precedensem przestępcy będą teraz
tłumaczyć przed sądem, że mając w nosie literę prawa pozostają w dobrym
towarzystwie – postępowali przecież
zgodnie z instrukcjami ministra sprawiedliwości. Pomimo dużej nośności
felietonistycznej, trudno brać taki scenariusz na poważnie – chyba nikt nie
chce poważnie twierdzić, że swoją niefortunną wypowiedzią minister Gowin
stworzył w prawie nową okoliczność ekskulpacyjną, egzoneracyjną albo kontratyp?
Natomiast całkiem poważnie obawiam się, że już dziś niemała część urzędników
aparatu administracyjnego oraz sądownictwa „ma w nosie” ducha prawa - to dla
piastunów urzędniczych czy sędziowskich stanowisk znacznie mniej ryzykowna postawa,
a dla obywateli i przedsiębiorców – bardzo kosztowna. Niestety trudno to tę
indyferencję wobec ducha prawa zmierzyć i równie trudno zrobić zeń medialnego
newsa, może poza jednym dniem w roku, kiedy ogłaszane są wyniki badania Banku
Światowego „Doing Business”., wtedy
wszyscy przypominają sobie, że prawo i instytucje w Polsce działają gorzej, niż
powinny. Bardzo wiele spraw sądowych i administracyjnych dałoby się załatwić
lepiej i szybciej już przy obecnych procedurach, tj. przy obecnej literze
prawa. Ale nie są tak załatwiane. Dlaczego? Może chodzi o ducha? Albo o brak
woli? Często o jedno i drugie.
Nos do ludzi
Czy ministrem sprawiedliwości musi być prawnik? Pozostający w tym
przekonaniu powinni być zadowoleni, że władzę nad polską piłką nożną sprawuje znakomity
zresztą niegdyś piłkarz… Pozwolę sobie przypomnieć przy tej sposobności, że
jeden z wybitniejszych amerykańskich prezydentów był aktorem. Według anegdoty,
na początku kadencji Ronald Reagan zwołał swoich współpracowników i doradców i
przemówił do nich tymi mniej więcej słowami: „mamy w kraju wysokie bezrobocie, wysoką inflację i niski wzrost
gospodarczy – weźcie coś z tym zróbcie”. Minister Gowin nie jest
prawnikiem, ale odnoszę wrażenie, że ma dobrego – nomen omen – nosa do
współpracowników i doradców. Sprawę zatrudnienia jednego z nich bada CBA.
Myślę, że oficerowie CBA powinna zapytać ludzi z branży doradczej –
usłyszeliby, że Mirosław Barszcz pracuje na stawkach dumpingowych.
Uprzedzając szafarzy argumentów „wykształceniowych” oraz „ideologicznych”
pozwolę sobie ujawnić, że moje powyższe poglądy wyrażam z pozycji obserwatora,
który posiada wykształcenie prawnicze, jest adwokatem, ma dość długie
doświadczenie menedżerskie, a swoje przekonania, które ktoś z polemistów mógłby
zechcieć określić mianem ideologicznych, wywodzi z nauki, zwłaszcza zaś z
ekonomicznej analizy prawa – nurtu, którego prominentni przedstawiciele
doczekali się dwóch nagród Nobla w dziedzinie ekonomii. Niestety przyznaję się
do braku wykształcenia dziennikarskiego, ale na szczęście – również dla wielu
moich polemistów – zawód dziennikarza jest zderegulowany. Żeby jednak ułatwić
nieco zadanie oponentom na koniec jedno zdanie, które ktoś może zechcieć uznać
za ideologiczne – wolę żyć w kraju, w którym rząd dokonuje (interwencyjnych)
skupów idei (np. od Mirosława Barszcza), niż skupów wieprzowiny.
Autor: Dr Arkadiusz Radwan
Od autora: Artykuł stanowi wyraz jedynie prywatnych poglądów autora i nie powinien być utożsamiany ze stanowiskiem żadnej z instytucji, z którymi jest związany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
