sobota, 25 września 2010

Dlaczego w Polsce procesy ciągną się latami?


Czas trwania procesów w sprawach cywilnych w Polsce jest przedmiotem powszechnej krytyki. Wśród przyczyn przewlekłości postępowań wymienia się skomplikowanie procedury cywilne, przeciążenie sędziów pracą, braki kadrowe etc. Oprócz tych przyczyn istnieje jeszcze jeden istotny czynnik wpływający na fakt, iż Polska zajmuje od lat najniższe miejsca w rankingach porównujących czas postępowań sądowych. Tym czynnikiem jest zła praktyka sądowa, która nie wynika z przepisów prawa, i która nie może być usprawiedliwiana niedofinansowaniem wymiaru sprawiedliwości.

Odraczanie rozpraw

Po pierwsze, zamiast koncentrować przeprowadzanie dowodów na jednej rozprawie, wielu sędziów działa w ten sposób, iż sprawę rozpatruje na kilku posiedzeniach oddalonych od siebie o kilka miesięcy. Przykładowa sprawa wygląda więc tak. Powód składa pozew. Po 6 miesiącach od złożenia pozwu sąd wyznacza termin pierwszej rozprawy. Na pierwszą rozprawę sąd nie wzywa nikogo z zawnioskowanych świadków, lub też wzywa 2 z 10 świadków, o których przesłuchanie wniosły strony. Na kolejną rozprawę, za 3-4 miesiące sąd wzywa kolejnych dwóch świadków itd. Każda z tych rozpraw trwać będzie maksymalnie półtorej godziny. Jeżeli do tego jeszcze któryś świadek się nie zjawi na terminie rozprawy, nietrudno zrozumieć dlaczego sprawa będzie ciągnąć się przez dwa lata przed sądem pierwszej instancji. Praktyka ta jest powszechna, a wniosek pełnomocnika, by na kolejny termin wezwać wszystkich świadków i przeznaczyć np. osiem godzin na rozpoznanie sprawy rzadko spotyka się ze zrozumieniem sądu. Należy zaznaczyć, iż takie działanie sądu jest sprzeczne z przepisem Kodeksu postępowania cywilnego, zgodnie z którym sąd powinien przeciwdziałać przewlekaniu postępowania i dążyć do tego, aby rozstrzygnięcie nastąpiło na pierwszym posiedzeniu, jeżeli jest to możliwe bez szkody dla wyjaśnienia sprawy. Tylko, że takimi "miękkimi" przepisami mało kto się przejmuje. I tak nie ma żadnej sankcji za ich naruszenie.

Brak analizy

Po drugie, sądy rzadko na początkowym etapie rozpoznania sprawy dokonują rzetelnej analizy prawnej. W konsekwencji nie ustalają jakie kwestie prawne wymagają rozstrzygnięcia, by wydać wyrok, a które kwestie są nieistotne dla sprawy. Skutkiem tego sędziowie nie zarządzają sprawami w efektywny sposób. Podstawowym przejawem tych zaniechań jest dopuszczanie dowodów zgłaszanych przez strony, nawet jeżeli nie mają one znaczenia dla rozstrzygnięcia sprawy. Przykładowo, powód na jedno ze swoich twierdzeń powołuje dowód z przesłuchania trzech świadków. Pozwany przeczy temu twierdzeniu, ale jednocześnie wskazuje, iż nawet jeżeli powód zdoła w ten sposób udowodnić swoje twierdzenie, to jest to nieistotne, gdyż powództwo i tak powinno być oddalone z uwagi na taki, a taki argument. Sąd dopuszcza dowód ze świadków nie analizując tego argumentu. Podobnie jak praktyka bezzasadnego odraczania rozpraw, również i ta praktyka jest sprzeczna z prawem, w szczególności z przepisem, który stanowi, iż przedmiotem dowodu są tylko fakty, które mają istotne znaczenie dla sprawy.

Podsumowanie

Oba powyższe problemy nakładają się na siebie i wzmacniają swoje negatywne efekty. Mniejszym problem byłoby przesłuchiwanie świadków, którzy zeznają na temat faktów nieistotnych dla sprawy, gdyby tylko przesłuchanie ich odbyło się szybko i sprawnie. Gorzej, gdy przesłuchanie to zajmuje cały rok, bo odbywa się na pięciu rozprawach.

Nagminne odraczanie rozpraw w połączeniu z zaniechaniem analizy prawnej sprawy na początku procesu prowadzi nie tylko do wydłużania okresu między złożeniem pozwu i wyrokiem. Skutkiem tych praktyk jest również znaczne wydłużenie czasu i zwiększenie kosztów, które zarówno sąd (państwo) jak i strony muszą ponieść w ramach danego postępowania. Niełatwo jest zmienić utrwalone praktyki, ale jest to konieczne. W przeciwnym razie żadna nowelizacja przepisów Kodeksu postępowania cywilnego, ani nawet uchwalenie nowego kodeksu niczego w zakresie czasu trwania postępowań w Polsce nie poprawi.

sobota, 4 września 2010

Wyrok sądu arbitrażowego w sprawie DPTG przeciwko TP S.A.


3 września sąd arbitrażowy w Wiedniu wydał wyrok częściowy w sprawie z powództwa duńskiej spółki DPTG przeciwko TP S.A. Sąd nakazał TP S.A. zapłatę 1,568 mld zł. Spór dotyczył opłat, które TP S.A. miała płacić na rzecz duńskiej spółki za korzystanie z wybudowanej przez Duńczyków sieci światłowodowej.

Sprawa ta została opisana w raporcie bieżącym TP S.A. oraz w głównych dziennikach: Rzeczpospolita i Gazeta Wyborcza.

Nie ma więc potrzeby, by przytaczać ponownie fakty. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na dwie kwestie dotyczące międzynarodowego arbitrażu w ogólności, które są widoczne w tej sprawie.

Pierwszą kwestią jest czas postępowania arbitrażowego. Sprawa została wszczęta w 2001, więc toczyła się przez 9 lat. Dodajmy, że wydano wyrok częściowy, rozstrzygający rozliczenia stron za lata 1994-2004. Roszczenia za lata 2004-2009 będą przedmiotem odrębnego wyroku. Całościowe rozstrzygnięcie sporu może więc trwać 10 lat lub dłużej. 9 lat na wydanie wyroku jest okresem bardzo długim (niestety żadne z powyższych źródeł nie wyjaśnia przyczyn tak długiego rozpoznawania tej sprawy). Długotrwałe postępowania nie są jednak niczym nadzwyczajnym w międzynarodowym arbitrażu. Z tego powodu arbitraż znajduje się coraz częściej w ogniu krytyki ze strony środowisk biznesu (por. tekst Andrew Clarke z Corporate Counsel International Arbitration Group, tekst Lucy Reed z Freshfields. Menedżerowie oczekują szybkiego, sprawnego i efektywnego rozwiązywania sporów, a arbitraż często oczekiwania te zawodzi. Toczenie sporu przez prawie dekadę może być uznane za porażkę arbitrażu.

Drugą kwestią są postępowania sądowe po wydaniu wyroku przez sąd arbitrażowy. „Rzeczpospolita” przytacza wypowiedź prezesa zarządu TP S.A.: „będziemy analizować dzisiejszą decyzję punkt po punkcie i jesteśmy zdeterminowani do wykorzystania wszystkich środków prawnych, aby bronić interesów spółki i jej akcjonariuszy”. TP S.A. najprawdopodobniej więc wniesie skargę o uchylenie tego wyroku do sądu austriackiego. Ponadto, DGTP będzie zmuszona toczyć spór o stwierdzenie wykonalności tego wyroku przed sądami w Polsce. Oznacza to, iż spór przeniesie się z sądu polubownego do sądów państwowych. Sprawy takie również mogą toczyć się latami, czego przykładem był spór dotyczący udziałów w PTC, operatora sieci ERA. To dodatkowo uderza w mit arbitrażu jako szybkiej i sprawnej metody rozwiązywania sporów. Między bajki można też włożyć twierdzenia, iż poważne firmy respektują dobrowolnie wyroki sądów polubownych i tylko w nadzwyczajnych przypadkach bronią się jeszcze w sądach państwowych. Świat pewnie byłby lepszy, gdyby strony na serio traktowały zapisy umowy mówiące o tym, iż wyrok sądu arbitrażowego będzie dla nich wiążący i ostatecznie rozstrzyga spór między nimi. W rzeczywistości jednak nierozsądnym byłoby oczekiwać, iż strona przegrywająca wielomilionowy spór nie skorzysta z przysługujących jej środków obrony.

Sprawa ta zdaje się więc być dobrą ilustracją problemów, które dotykają międzynarodowy arbitraż handlowy. W najbliższym czasie napiszę o środkach, jakie proponuje się zastosować, by usprawnić postępowania arbitrażowe i skrócić czas rozwiązywania sporów.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Pozwy zbiorowe: chyba nie będzie rewolucji


19 lipca br. weszła w życie ustawa o dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym (ustawa o pozwach zbiorowych). W ciągu kilku ostatnich miesięcy przed jej wejściem w życie prawie powszechna stała się opinia, iż zrewolucjonizuje ona system dochodzenia roszczeń cywilnych w Polsce. Jedni komentatorzy wskazywali na pozytywne aspekty tej ustawy, w tym w szczególności na wzmocnienie ochrony konsumentów, osób poszkodowanych przez Skarb Państwa oraz przez ofiary wypadków. Inni straszyli, iż Polskę zaleje fala pozwów zbiorowych, która zagrozi Skarbowi Państwa i przedsiębiorcom, a z ustawy korzyści odniosą głównie prawnicy. Przewidywano również, iż zwabione nowymi regulacjami wejdą do Polski zagraniczne kancelarie i fundusze finansujące spory sądowe. Nieliczne były głosy sceptyczne, wskazujące, iż luki i niedociągnięcia nowych uregulowań wcale nie uzasadniają tezy o czekającej nas rewolucji sądowej.

W dzisiejszej Rzeczpospolitej ukazał się artykuł pod wiele mówiącym tytułem "Pryska mit pozwów zbiorowych".

W artykule tym przytoczono wypowiedzi adwokatów, którzy wskazują na problemy związane ze stosowaniem ustawy w praktyce, w tym m.in. kłopoty z ujednolicaniem roszczeń pieniężnych (por. wpis na niniejszym blogu z dnia 9 maja), czy też na problemy wynikające z braku możliwości zwolnienia z kosztów w postępowaniu grupowym. Oczywiście lista istotnych problemów jest znacznie dłuższa niż wskazano w artykule. Przykładowo, nie jest jasne wcale, czy ustawa pozwala na dochodzenie jakichkolwiek roszczeń związanych z utratą zdrowia, gdyż zdrowie należy do dóbr osobistych, a ochrona dóbr osobistych jest wyłączona z zakresu ustawy.

W trakcie jednej z konferencji na temat pozwów zbiorowych postawiłem, nieco prowokacyjnie, tezę, iż ustawa, jeżeli pozostanie w obecnym kształcie, będzie miała marginalne znaczenie dla praktyki sądowej. Liczyłem, iż takie radykalne twierdzenie wywoła burzliwą dyskusję i usłyszę argumenty przemawiające za poprawnością rozwiązań ustawy. Nic takiego się nie stało. Do dziś zresztą nie natknąłem się na takie argumenty, ani wyjaśnienia wielu istotnych kwestii. Należy jednak pamiętać, iż od wejścia ustawy w życie minął zaledwie miesiąc, więc za wcześnie jeszcze jest by przesądzić czy zmieni ona radykalnie postępowanie cywilne w Polsce, czy też pozostanie jedynie ciekawym tematem konferencji, seminariów oraz publikacji naukowych.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Kiedy odwołany członek zarządu może podważyć swoje odwołanie?


Odpowiedź jest następująca: jeżeli odwołała go rada nadzorcza może zaskarżyć uchwałę o swoim odwołaniu, jeżeli zaś odwołano go na mocy uchwały wspólników (uchwały zgromadzenia wspólników w sp. z o.o., walnego zgromadzenia w S.A.) zaskarżyć uchwały nie może. Bez sensu? Oczywiście.

Podważenie uchwały rady nadzorczej

W lutym br. Sąd Najwyższy (SN) wydał wyrok (II CSK 449/09), w którym uznał, iż jeżeli członek zarządu spółki został odwołany przez radę nadzorczą, może on dochodzić w sądzie ustalenia nieważności tej uchwały. Podstawą takiego roszczenia jest przepis Kodeksu postępowania cywilnego, który pozwala każdemu kto ma interes prawny żądać ustalenia istnienia lub nieistnienia stosunku prawnego lub prawa. SN słusznie przyjął, iż uchwała rady nadzorczej o odwołaniu członka zarządu podlega ocenie sądu w świetle przepisów Kodeksu cywilnego o nieważności czynności prawnych. W konsekwencji odwołany przez radę nadzorczą członek zarządu może podważyć swoje odwołanie i doprowadzić do swojego "przywrócenia", ściśle rzecz biorąc do ustalenia przez sąd, że w istocie nigdy nie przestał być członkiem zarządu. Przez długi czas kwestia ta nie była jednak oczywista dla SN. Odmawiał on bowiem członkom zarządu odwołanym przez radę nadzorczą uprawnienia do kwestionowania przed sądem uchwał o ich odwołaniu.

Podważenie uchwały wspólników

Zgodnie z uchwałą SN z 2007 r. (III CZP 94/06) członek zarządu odwołany uchwałą wspólników nie ma prawa zaskarżenia uchwały o swoim odwołaniu. Najprościej rzecz ujmując SN uznał, iż były członek uchwały podważyć nie może, gdyż zaskarżać uchwały mogą członkowie zarządu, podczas gdy odwołany członek zarządu nie jest już członkiem zarządu. To pozornie słuszne rozumowanie pomija jednak okoliczność, iż w chwili wniesienia pozwu nie wiadomo czy członek zarządu został skutecznie odwołany, czy też nie, a więc czy jest jeszcze członkiem zarządu. Tę kwestię właśnie ma dopiero rozstrzygnąć sąd rozpoznający sprawę o stwierdzenie nieważności uchwały. Sąd powinien więc wstępnie uznać, iż odwołany członek zarządu uchwałę o swoim odwołaniu może zaskarżyć, a jeżeli okaże się, iż nie ma racji, powinien w wyroku oddalić powództwo.

I co dalej

Zróżnicowanie sytuacji odwołanego członka zarządu w zależności od tego, który organ spółki go odwołał nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia. Zarówno członkowie zarządu odwołani uchwałą rady nadzorczej, jak też uchwałą wspólników powinni mieć prawo do zaskarżenia uchwały o swoim odwołaniu. Obecny stan prawny jest paradoksalnym skutkiem błędnego orzeczenia odmawiającego odwołanym menedżerom prawa do kwestionowania uchwały wspólników o ich odwołaniu. Biorąc jednak pod uwagę, iż orzeczenie to jest uchwałą 7 sędziów SN, która ma moc zasady prawnej nie należy spodziewać się w najbliższym czasie zmiany poglądu SN w tym zakresie.

niedziela, 27 czerwca 2010

Czy umowy przewidujące success fee są nieetyczne?





















 
Zasady etyki adwokatów i radców prawnych zabraniają prawnikom umawiania się z klientami na wynagrodzenie, które zależne jest w pełni od wyniku prowadzonej przez nich sprawy (na wynagrodzenie zależne od wyniku sprawy przyjęło się angielskie określenie „success fee”, choć prawnicy chcący zaimponować swoim klientom znajomością łaciny będą mówić raczej o „pactum de quota litis”). Adwokat lub radca może, zgodnie z zasadami etyki, co najwyżej umówić się, iż jego wynagrodzenie będzie podwyższone w przypadku pozytywnego zakończenia sprawy.

Zakaz pełnego uzależniania wynagrodzenia od wyniku sprawy nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia. Na umowach przewidujących takie wynagrodzenie bez wątpienia zyskują klienci. Umowy te powodują, iż interesy prawnika i klienta stają się zbieżne. W przeciwieństwie do wynagrodzenia opartego o stawkę godzinową umowy oparte na success fee motywują prawników do wysiłku intelektualnego zamiast do zwiększania ilości godzin pracy. W literaturze przedmiotu (głównie amerykańskiej, gdyż brak jest w Polsce pogłębionej analizy tego zagadnienia) wskazuje się, iż umowy przewidujące wynagrodzenie zależne od wyniku sprawy zwiększają szansę klientów na zawarcie ugód na korzystnych warunkach. Ważna jest również okoliczność, iż wynagrodzenie takie ułatwia dostęp do pomocy prawnej osobom, których na skorzystanie z fachowej pomocy prawnej nie stać. Klient bowiem płaci prawnikowi tylko wtedy, gdy ten sprawę wygra, a zasądzona kwota zostanie zapłacona.

Przeciwko dopuszczalności wynagrodzenia w oparciu o wynik sprawy przytacza się różne argumenty. Żaden z nich nie jest przekonujący. Twierdzi się, iż proponowanie takiego sposobu wynagrodzenia stanowi nieuczciwą konkurencję, a prawnik nie może pracować za darmo. Jest to nieporozumienie. Uzgadniając wynagrodzenie prawnik liczy nie tylko jego wysokość, lecz również prawdopodobieństwo jego uzyskania. Wynagrodzenie zależne od wyniku sprawy różni się tym od wynagrodzenia z góry określonego, że prawnik umawia się z klientem na kwotę wyższą niż w innym wypadku klient zgodziłby się zapłacić, przy czy w swoich kalkulacjach uwzględnia ryzyko, że wynagrodzenia tego może nie uzyskać. Nie można z góry, w sposób ogólny stwierdzić, że wynagrodzenie oparte na success fee jest bardziej lub mniej korzystne dla prawnika niż wynagrodzenie ustalone w tradycyjny sposób. Nie można więc uznać, iż ktoś kto takie wynagrodzenie proponuje klientom nieuczciwie konkuruje z innymi prawnikami. Podnosi się również, iż umowy z zakresu pomocy prawnej nie są umowami rezultatu, lecz umowami starannego działania, a prawnik nie może dawać gwarancji pomyślnego wyniku sprawy. Ten argument również nie uzasadnia zakazu umów przewidujących sucess fee. Jest oczywiste, że czymś innym jest gwarantowanie wyniku sprawy przez adwokata, czy radcę, a czymś innym uzależnienie wynagrodzenia od tego wyniku. Za większością argumentów mających przemawiać za obowiązującym zakazem umów o success fee zdaje się stać założenie, iż należy chronić prawników przed konkurencją ze strony ich kolegów, zwłaszcza tych, którzy są gotowi wziąć na siebie większe ryzyko. Konkurencja cenowa jest tylko jedną z wielu płaszczyzn, na których mogą konkurować prawnicy. Nie ma żadnych powodów, by w tym zakresie samorządy ingerowały w zasadę swobody umów.

Kwestią sucess fee niedawno zajął się ustawodawca. Ustawa o dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym (czyli ustawa o pozwach zbiorowych), która wejdzie w życie 19 lipca br., przewiduje, iż umowa regulująca wynagrodzenie pełnomocnika może określać wynagrodzenie w stosunku do kwoty zasądzonej na rzecz powoda, nie więcej niż 20 % tej kwoty. Uważam, iż oznacza to, że radca lub adwokat może umówić się, że jedynym jego wynagrodzeniem za prowadzenie sprawy w postępowaniu grupowym będzie część zasądzonej kwoty. Ustawodawca przyjął, iż takie rozwiązanie nie budzi wątpliwości z punktu widzenia etyki. Jeżeli zgodzić się z decyzją, by w przypadku postępowań grupowych można było umawiać się na wynagrodzenie w pełni zależne od wyniku sprawy, to nie widać powodów, dla których nie miało być ono dopuszczalne w innych sprawach. Dobrze byłoby zatem, gdyby przy opracowywaniu nowych regulacji dotyczących świadczenia usług prawnych wyraźnie wskazać w ustawie, iż dopuszczalne są umowy przewidujące success fee.

czwartek, 17 czerwca 2010

Czy rzeczywiście klient nie może zwolnić prawnika z tajemnicy zawodowej?


Kwestia, czy klient może zwolnić prawnika z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej, pojawia się często w sprawach sądowych wtedy, gdy na przykład strona chce powołać swojego prawnika na okoliczności przebiegu negocjacji umowy będącej przedmiotem sporu. Do napisania niniejszego wpisu skłoniła mnie aktualna dyskusja na łamach "Rzeczpospolitej". W wywiadzie z dnia 7 czerwca radca prawny Krzysztof Zakrzewski, wspólnik w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, przyznaje, iż świadomie narusza zasady etyki radcy prawnego. Zgodnie z tym zasadami – jak twierdzi – z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej może zwolnić go tyko sąd, ale nie klient. Tymczasem, w sytuacjach, gdy klienci zwalniają go z obowiązku zachowania tajemnicy i proszą np. o złożenie wyjaśnień w prokuraturze dotyczących prowadzonej przez niego transakcji mec. Zakrzewski składa takie wyjaśnienia. Ta wypowiedź oburzyła adwokata, Radosława Baszuka, który w "Rzeczpospolitej" z 16 czerwca zaatakował, mec. Zakrzewskiego. Wskazał on, iż mec. Zakrzewski nie tylko narusza zasady etyki radcy prawnego, lecz też ustawę o radcach prawnych. Również bowiem ta ustawa nie przewiduje możliwości by klient zwolnił prawnika z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej.

Uważam, iż żadna ze stron tego sporu nie ma racji. Klient może zwolnić radcę lub adwokata z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej. Mec. Zakrzewski niepotrzebnie więc przyznaje się do naruszenia reguł, których nie narusza, a mec. Baszuk bezpodstawnie go za to krytykuje. Nieporozumienie wynika z faktu, iż obaj ci prawnicy przyjmują za dobrą monetę teorię, iż interpretując przepisy prawa należy dać pierwszeństwo literalnemu ich brzmieniu. W tym wypadku, rzeczywiście zasady etyki radcy prawnego oraz ustawa o radcach prawnych przewidują obowiązek zachowania tajemnicy przez radcę, a żadne z nich nie przewiduje, że klient nie może zwolnić radcy z tego obowiązku. Czyli sprawa wydaje się być prosta: klient nie może zwolnić prawnika z tego obowiązku. Taka teoria wykładni prawa jest dominująca wśród polskich prawników. Co ciekawe, ona sama nie wynika z żadnego przepisu prawa i jest z reguły przyjmowana na wiarę na pierwszym roku studiów prawniczych, a na późniejszych etapach kariery prawniczej jest już tylko mniej lub bardziej bezrefleksyjnie powtarzana i stosowana.

Wbrew tej teorii uważam jednak, iż wykładnia prawa nie polega wyłącznie, ani też w głównej mierze, na logicznej analizie przepisów prawa. Stosując dany przepis trzeba nie tylko odczytać jego znaczenie językowe, ale przede wszystkim trzeba zastanowić się jaki jest jego cel. Innymi słowy, trzeba ustalić jakie dobro dany przepis chroni. Dopiero gdy ustali się cel przepisu, można zrozumieć jaki jest jego sens. Jakie dobro chroni tajemnica adwokacka i radcowska? Jedynym dobrem chronionym przez tę tajemnicę jest interes klienta. Chodzi o zapewnienie, by klient mógł swobodnie przedstawić prawnikowi wszystkie okoliczności, które mają wpływ na jego sytuację prawną bez obaw, iż prawnik informacje te dobrowolnie lub pod przymusem ujawni osobom trzecim. Jeżeli więc klient zwolni prawnika z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej, nikt na tym nie ucierpi, niczyje dobro nie będzie naruszone. Nieracjonalne jest, by prawo ustanawiało zakazy chroniące dobro, którego ochrony uprawniony nie chce. Racjonalna wykładnia ustawy o radcach i zasad etyki prowadzi więc do wniosku, iż klient może zwolnić prawnika z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej. Przeciwne twierdzenie stanowi obrazę zdrowego rozsądku. Dobrze byłoby, gdyby prawnicy interpretując prawo większą wagę przykładali do tego, by rezultaty ich wykładni miały praktyczny sens, niż do tego, by trzymać się niewolniczo brzmienia przepisów sformułowanych często wieloznacznie i nieudolnie.

czwartek, 10 czerwca 2010

Ministerstwo Gospodarki zrezygnowało z projektu zmian w arbitrażu


W uzupełnieniu ostatniego wpisu. Ministerstwo Gospodarki właśnie opublikowało najnowszą wersję projektu ustawy o ograniczaniu barier administracyjnych. W projekcie tym całkowicie zrezygnowano z prób majsterkowania przy arbitrażu.

Czyżby dowód na siłę blogosfery?