W jednej ze spraw arbitrażowych, którą prowadziłem kilka lat
temu arbitrem przewodniczącym był znany profesor zaliczany do grona
najwybitniejszych polskich cywilistów. Spór dotyczył rozliczeń z tytułu umowy o
roboty budowlane. Rozstrzygnięcie sprawy zależało w głównej mierze od ustalenia
kwestii technicznych związanych z prawidłowością projektu architektonicznego i
prac budowlanych. Niestety, arbiter przewodniczący miał awersję do faktów. W
trakcie posiedzeń było jasne, że profesor nie zapoznał się materiałem dowodowym
przestawionym przez strony. Strony spierały się o przyczyny opóźnienia w
wykonaniu robót budowlanych, a superarbiter nie znał podstawowych faktów. Nie
pozwalał przedstawiać sobie jakichkolwiek rysunków, czy schematów,
które obrazowały gdzie (na budowie) leżał problem. Postępowanie toczyło się
niemrawo i chaotycznie, a profesor ożywiał się tylko wtedy, kiedy omawiano
kwestie prawne. Nie zapomnę, jak w trakcie jednej z rozpraw profesor przerwał
po mój wywód i wyraźnie zaintrygowany zapytał „Aha, czyli uważa Pan, że
doszło do obiektywizacji przesłanek odpowiedzialności?”
Pan profesor nie jest jedynym znanym mi prawnikiem, który kocha
prawo i nie cierpi faktów. Fakty są trudne. Zrozumienie faktów wymaga wysiłku.
Przez fakty trzeba przedrzeć się w każdej sprawie od nowa. Niechęć do faktów
zaczyna się zapewne już na studiach. Jeśli mamy szczęście to w trakcie studiów
uczymy się konstrukcji prawnych, metod rozumowania prawniczego, ale nie tego w
jaki sposób zebrać, przeanalizować i zrozumieć fakty. Niewiele pomagają w tym
zakresie aplikacje. Efektem tego jest ogólna pogarda dla faktów. Część
uzasadnienia wyroku, która dotyczy faktów jest najczęściej najsłabsza.
Sędziowie lubią „ślizgać się” po stanie faktycznym, wybiórczo traktować
materiał zebrany w sprawie. Większość subtelności w zeznaniach świadków i stron
gubi się najpierw w protokole dyktowanym przez sędziego, a potem w uzasadnieniu
wyroku. Niechęć do faktów charakteryzuje też zawodowych pełnomocników. Wielu z
nich mogłoby podpisać się pod słowami znanego adwokata, który mówił, że patrzy
w przepis, a nie czyta akt, bo „akta zaciemniają obraz sprawy”.
Na pociechę można dodać, że problem ten dotyczy nie tylko
prawników polskich, lecz również prawników wychowanych w tradycji prawa
cywilnego w innych krajach. Tak jeden z amerykańskich prawników opisał swoje
pierwsze doświadczenia z prawnikami francuskimi w trakcie postępowania
arbitrażowego w Paryżu:
“They were very insular. I
thought that they had a very fixed set of prejudices. A lot of them were
contrary to American legal training. Like totally gave lip service to the facts,
just kind of assumed they knew the facts. They would make off-the-cuff
judgments as to who was right or wrong based on who they had lunch with last
week and told them something. I just was very upset with them…. [T]hey were
very strong on the law. The trouble was they would get off on a debate on the
law, and you could lose them for days. And they’d get involved in internecine
fights with each other over some esoteric interpretation of French law which
was applicable in my case, because it was Algerian law, which was really French
law. And you’d have to pull them back. It was like a ringmaster in a circus
with a whip trying to get them back to pay attention to what was really going
on. And they wouldn’t pay attention to the facts.” (za: Y. Dezalay, B.G. Garth, Dealing in Vitrue, The Chicago
University Press, 1996, s. 107)